Współczesny Dedal

Współczesny Dedal, ten który dał nam skrzydła. Nie takie z wosku lecz piękne, długie, bezpieczne. Dzięki jego pomysłowości popartej ogromnym talentem cała rzesza pilotów mogła sięgać po najwyższe trofea w szybowcowym świecie. Dziś ogromny rozdział polskiej myśli konstruktorskiej zamknął się. Lecz gdyby rozchylić karty tej księgi to znajdziemy tam opisy konstrukcji, bez których światowe szybownictwo nie było by w tym miejscu, w którym jest. To on, mgr inż. Bogusław Bereś był zaangażowany w projektowanie tak doskonałych konstrukcji jak Puchacz, Junior czy Jantar St. Zwieńczeniem jego myśli była Diana 2 – najbardziej elegancki szybowiec jaki kiedykolwiek wznosił się w powietrzu. Oprócz elegancji była też Diana niezmiernie skuteczna. Ekskluzywna jest lista najlepszych pilotów na świecie, którzy siadali  za jej sterami by zdobywać tytuły mistrzów świata i Europy, by ustanawiać rekordy świata. Jej Twórca miał głowę pełną pomysłów wyprzedzających epokę. Któż bowiem 15 lat temu rozważał powodzenie w klasie otwartej szybowców o rozpiętości 21 metrów. Tylko On. I mimo, że nie wszystko o czym marzył udało mu się zrealizować to jego pojmowanie  szybownictwa wyczynowego miało coś z blasku największych wizjonerów   współczesnego świata.

Dziś, gdy jest w objęciach innych skrzydeł pamiętajmy o Nim. Gładząc skrzydła szybowców, które wyszły spod jego ręki, siadając za ich sterami pamiętajmy o Tym, Który nam te skrzydła dał.

Jerzy Kolasiński

Mgr inż. Bogusław Bereś był laureatem medalu im. Czesława TańskiegoDSC04842 (2015_11_07 21_34_47 UTC) (2)-

DSC07619 (2015_11_07 21_34_47 UTC)

Kiripotib – Flying with the Champions dzień 10 – ostatni

Przyszedł w końcu czas na ostatni lot w namibijskich przestworzach. Zapowiadało się na zwykłą bezchmurną. Wystartowaliśmy po lunchu około godziny 13-tej. Pierwszy komin zaskakująco silny do 3,5 m/s wyniósł nas na 3000 m nad poziom morza. Nieźle jak na początek. Mieliśmy polecieć na południowy wschód, ale zdecydowałem się, że znowu skierujemy się na zachód. Kolejne noszenia także silne, co najmniej 3 metry każde. Lecimy do Rehoboth pod krawędź średnich chmur i tuż przed nim wykręcamy prawie 4000 metrów. Decydujemy się na lot na zachodnią stronę chmur, wydaje mi się, że wygląda na linię konwergencji. Okazuje się, że tylko mocno podusiło i nic:-( Nie mamy wysokości by wrócić z powrotem zatem decydujemy się na lot dalej na zachód a później na południe na słońce. Tracimy wysokość latając po różnych miejscach w poszukiwaniu kominów i znowu nic. Musiała się zmienić masa powietrza na chłodniejszą i suchą (tutaj najgorsza jaka może być). W końcu znajdujemy meterek, wykręcamy się do 2800 m i koniec. Dalej kierujemy się w stronę Pokweni i Bitterwasser, ale po drodze już nic nie możemy znaleźć i w końcu na 400 metrach nad drogą odpalamy silnik. Zrobił to dopiero za trzecim zarem… Ufff… Kierujemy się w stronę domu. Na 2600 m wyłączamy wiatrak i z dolotem szukamy jeszcze szczęścia na termice. Janusz w międzyczasie w pobliżu Kiripotib znalazł wejście na falę cumulusową i śmiga na pięciu tysiącach. My próbujemy to później zrobić, ale nie zabiera już z dołu. Fala nosiła podobno bardzo dobrze do FL195. Wyżej latać nie możemy.

Lądujemy o 17.30, bo za 45 minut mamy wyjazd na wspólne zdjęcie na pustynię. Tam oprócz tego mamy drobny poczęstunek i zostajemy do zachodu słońca. Dzisiaj kończy się drugi turnus Flying with the Champions i zaczyna trzeci. Jest sporo ludzi, dojechali do nas także z Polski Marian Czop i Andrzej Dziechciarz, którzy latać będą na Arcusie CS. Janusz zostaje jeszcze tydzień i przesiada się na TWO.

Kończy się mój pobyt w szybowcowym raju. Podsumowując uważam, że było to najciekawsze 2 tygodnie w mojej karierze lotniczej. Urozmaicone, nieprzewidywalne, często strasznie mocne warunki sprawiły, że nie można się było nudzić w powietrzu. Termika, fala, konwergencja, burze, szlaki, deszcze bezchmurna 0 dla każdego coś miłego:-)

Dodatkowym wyzwaniem byli uczniowie, którym starałem się pomóc poprawić ich sposób latania i nauczyć czegoś nowego. Mam nadzieję, że będą to dobrze wspominać. Przy okazji i ja sporo się nauczyłem a wiadomo, że nauka nie idzie w las:-)

Na koniec chciałbym podziękować osobom, dzięki którym mogłem się tutaj znaleźć. Jurkowi Kolasińskiemu, który zgłosił moją kandydaturę. Ludwigowi Starklowi i Wolfgangowi Janowitschowi, organizatorom FWTC, którzy ją przyjęli. Dziękuję mojej najbliższej rodzince, Lili, Mikołajowi i Lei – Kocham Was!! I na koniec reszcie rodzinki i WW reklama, że dostałem wolne:-)

Kilka zdjęć na koniec.

Codzienna odprawa.

DSC03148

Czekamy na dobrą prognozę.

DSC03147

Janusz i jego profil LX v.220:-) a może 221:-)

DSC03150

Dzisiejsza fala inwersyjna.

DSC03151

DSC03154

Wspólne zdjęcie pod drzewem na Kalahari.

DSC03158

Wspólne piwko:-) Od lewej Marian, Janusz i Andrzej.

DSC03163

Kolejny zachód słońca.

DSC03162

DSC03157

Kiripotib – Flying with the Champions dzień 9

Dzisiaj, czyli 12 listopada mieliśmy najgorszy dzień spośród wszystkich dotychczas. Termika budziła się bardzo powolnie i pierwsze jej oznaki zaczęły być widoczne dopiero przed 14-tą. Wystartowaliśmy chwilę później.

Drugi dzień latałem z nowym uczniem – Michaelem Stiebelem, Kanadyjczykiem niemieckiego pochodzenia. Zdecydowaliśmy się na lot na zachód na Kante. Początkowo bezchmurna do 1200 m nad teren, więc szło bardzo wolno. Im dalej w stronę górek tym zasięg powoli wzrastał. W rejonie Rehoboth znaleźliśmy falę, na której w 4-5 metrowym noszeniu wykręciliśmy maksymalną dozwoloną wysokość w tym rejonie, czyli 4400 qnh (ok. 2800m nad teren). Próbowaliśmy polecieć dalej, ale nie mogliśmy tam nic znaleźć, więc zawróciliśmy z powrotem. Nie udało nam się załapać ponownie, więc wykręciliśmy się na termice i polecieliśmy w kierunku Pokweni szukając ponownie kontaktu z falą lub konwergencją. Niestety i tam nic nie było, więc udaliśmy się w stronę lotniska i wylądowaliśmy tuż po 18-tej.

Zdjęcia znad  Rehoboth. Przez to miasto przechodzi jedna z najważniejszych dróg w Namibii, widodąca z Windhoek do Mariental.

DSC03138DSC03137

Na zdjęciu poniżej widoczny pas lotniska w Rehoboth (kreska wzdłuż drogi) oraz jeden z nielicznych zbiorników wodnych w całym rejonie lotów.

DSC03140

Kiripotib – Flying with the Champions dzień 8

Dzisiaj latanie rozpoczęliśmy dużo później z uwagi na grube zachmurzenie, które zakrywało szczelnie niebo do południa. Podczas codziennej odprawy spadł nawet deszcz…

Wystartowaliśmy prze 13-tą i o tej porze termika była już dobrze rozwinięta. Skierowaliśmy się na południowy-wschód i lecieliśmy do warunków, które rozwijały się wzdłuż granicy z Botswaną. Dolecieliśmy do konwergencji i po niej zrobiliśmy 400 km. Podstawa osiągnęła 5000m a noszenia na zdjęciu niżej.

Oblecieliśmy 600 km:-)

Taka to była dzisiaj pogoda.

DSC03135

A takie noszenia…

DSC03130

Lot wzdłuż konwergencji – ciemno ale jaka jazda:-)

DSC03127

Tak się rozpędziliśmy, że dolecieliśmy chyba do Księżyca…

DSC03126

Kiripotib – Flying with the Champions dzień 7

Prognozy na dzień dzisiejszy były bardzo obiecujące – zaplanowaliśmy nieśmiało 1000 km. Starty dzisiaj rozpoczęliśmy wcześnie – już o 10.40. Początek do SW Knee był bardzo powolny, bezchmurna z noszeniami 1,5 – 2 m/s do 1000 m nad teren. Dopiero na 80 km odbiliśmy się od ziemi i wykręciliśmy dwa razy więcej wysokości. W rejonie Gobabis powstały pierwsze cumulusy – bardzo wysoko do 5000 m. Dolecieliśmy do ostatnich dobrych chmur i zawróciliśmy w stronę Gamsberg (Kante). Lecieliśmy pod pierwszymi szlakami uważając by nie wlecieć w TMA Windhoek. Robiliśmy spore przeskoki, ale trafialiśmy kominy do 4 m/s. W górkach było już sporo chmur i trzeba było omijać deszcze. Dolecieliśmy do końca strefy lotów i zawróciliśmy na południe po szlaku. Pierwsza chmura dała 7 m/s!!! Co za winda. Wykręciliśmy podstawę i lecieliśmy w stronę pięknego szlaku znowu omijając deszcze. Szlak na Kante był nieziemski – jeszcze pod czymś takim nie leciałem. Kilkaset kilometrów bez krążenia w przedziale 4800 – 5300 metrów. Noszenia do 6-7 metrów a prędkość względem ziemi do 270 km/h. Lecieliśmy na południe patrząc na czas i odległość do domu. Zawróciliśmy w rejonie punktu Amhub i z powrotem po szlaku na północ. Po 115 km odbiliśmy przed ścianą deszczu w stronę Kiripotib znów pod szlakiem… Początkowo pracował dobrze, ale później musieliśmy znaleźć noszenie by wykręcić wysokość na dolot do lotniska. Pogoda pozwoliła nam rozciągnąć jeszcze na wchód i po powrocie nad lotnisko delikatnie na wchód. Nosiło do samego końca. Lądowanie 11 minut po zachodzie słońca – bardzo ciekawe doświadczenie – ledwie było cokolwiek widać…

Wynik dzisiejszego dnia – 1170 km wg OLC i 1366 km przelecianych wg SeeYou.

http://www.onlinecontest.org/olc-2.0/gliding/flightinfo.html?dsId=4784027

Niestety nie zrobiłem żadnych zdjęć, nie było kiedy…