Wyprawa do Kiripotib 2013

Podsumowanie

Dobiegł końca mój pobyt na gościnnej farmie w Kiripotib w Namibii. Wyjazdowi towarzyszyło sporo perturbacji związanych z awarią szybowca Antares 23E. Właściwie wyjazd „wisiał na przysłowiowym włosku”. W ostatniej chwili udało się załatwić Ventusa 2cT. Loty na tym szybowcu dostarczyły mi też sporo doświadczeń. Oczywiście szkoda, że nie był to Antares. Walory tego szybowca są bowiem diametralnie lepsze. Nie spełniłem tym samym swoich zamierzeń by pobić rekordy Polski. No cóż bywa też tak. Wyjeżdżam z jednak z Namibii z bagażem nowych doświadczeń, wzbogacony o nowe znajomości. Poznałem wielu nowych pilotów z całego świata i odświeżyłem stare przyjaźnie. Świat szybowcowy nie jest zbyt duży i wszyscy się dobrze znają. Loty w Kiripotib były czasami bardzo ekscytujące, a bardzo miłym akcentem było zdobycie przez Michała Lewczuka warunku do odznaki 1000 km. Pobicie przeze mnie prędkości na trójkącie FAI 1000 km daje mi poczucie, że ten rekord jest do poprawienia, zwłaszcza jeśli będę latać na szybowcu typu Antares 23E. Patrząc w przyszłość sięgam już dni styczniowych gdy na Żarze spotkamy się na dorocznej konwencji polskich szybowników. Ponawiam zaproszenie dla wszystkich, którzy lubią „bujać w obłokach” na smukłych skrzydłach.

Serdecznie pozdrawiam i do zobaczenia

Jurek

Pożegnalny lot

Po trzech dniach przerwy nareszcie pogoda ! Co ważniejsze nareszcie sprawny Antares. Na pożegnanie Namibii zasiadam za jego sterami. Co prawda baterie nie zdążyły nabrać pełnej mocy ale wystartować można. Wyznaczam sobie ponownie trójkąt FAI 525 km. Startuje dość późno bo trochę czasu zabrało mi przyswojenie sobie funkcjonowania tej maszynki. A jest Antares rzeczywiście czymś w rodzaju Mercedesa S klasy wśród szybowców. Sporo tu elektroniki. Dobalastowuję szybowiec na 800 km. We wszystkim pomaga mi Ludwig (właściciel Antaresa). To duży komfort bo pytań jest wiele. Odchodze na trasę dość szybko. Podstawa chmur niezbyt wysoka – zaledwie 2200 m nad poziom gruntu. Nie ma co więc marzyć o rekordzie. Ale powalczyć można. Pierwszy bok trochę człapie. No cóż Ventusa czułem na siedzeniu jak własne spornie. Tutaj dopiero się wczuwam. Szybowiec mknie na przeskoku gładko po 200 km/h. Kraży też dobrze. Po godzinie jestem na punkcie. Drugi bok już lepszy, chmury dorodniejsze. Lecę teraz na zachód. Po zaliczeniu punktu szukam linii zbieżności – JEST ! Można więc pędzić po prostej. Niestety linia odchyla się bardzo na zachód. Wukorzystuje ja więc częściowo. By dolecieć do mety musze „odgiąć” 10 km na zachód (w przeciwną stronę niż meta). Wszędzie indziej chmury się rozpadają. Łapię 3-4 m/sek i wykręcam dolot. Sune majestatycznie z wysokości ok. 4800 m. Punkt zaliczam z regulaminową różnicą mniej niż 1000 m. Wynik może nie rewelacyjny – tylko 132 km/h. Ale okazuje się, że na OLC to trzecia prędkość dnia. Po ladowaniu wita mnie zadowolony Ludwig. Razem parkujemy i „ubieramy” szybowiec. KOnczy się kolejny piękny dzień. Kończy się pobyt w gościnnym Kiripotib. Od dziś pałeczkę przejmuje Robert i Wojtek. Można im tylko życzyć doskonałej pogody i fantastycznych lotów.

Jurek

Kolejny atak na 500 km.

Od rana znów bezchmurna i prognozy nieostre. Ale w powietrzu czuje się elektryzujące drganie. Ponieważ po śniadaniu nadal nad głowami błękitne niebo więc pozostajemy w oczekiwaniu. Dopiero o 12tej zaczyna się coś ruszać w powietrzu. Startujemy gdy na horyzoncie pojawiają się cumulusy. Wyznaczamy sobie ponownie trójkąt FAI 500 km z punktem odejścia oddalonym od lotniska o 50 km na zachód. Odchodzimy z wysokości 4000 m i ostro prujemy pod cumulusy. Lecę z Michałem – ot takie nasze małe wyścigi. Prędkość początkowa bardzo dobra. Przed pierwszym punktem w Botswanie zaczynają padać deszcze. To spowalnia. Na punkcie mam średnią 157 km/h. Drugi bok początkowo wolniejszy. Wymarzona linia konwergencji odchodzi o 30 stopni na wschód od trasy. Trzeba się więc przebijać przez deszczyki. Dopiero ostatnie 50 km daje pewne przyspieszenie. Staram się nie zatrzymywać w kominach poniżej 5 m/sek. Melduję się na drugim punkcie na wysokości 4400 metrów, ale niestety prędkość spada do 150 km/h. Ostatni bok jeszcze słabszy. Michał zaczyna mnie doganiać. Ostatecznie melduje się na mecie minutę za mną (ładnie odrobił straty). Ja finiszuje na wysokości 3100 m z prędkością 151,4 km/h. Potem już lot relaksowy. Warunki zrobiły się przepiękne. Aż żal lądować. Niestety trzeba i to w Bitterwasser bo czas oddać Ventusa. Opadam na wyschnięte jezioro w Bitterwasser o 18:00. Potem szybko myję szybowiec i zaczyna się uciążliwa procedura zdawania szybowca. Zajmuje dwie godziny. Kierowca zabiera mnie do Kiripodib o po 21szej melduję się na kolacji. Wieści od Ludwiga mam niepomyślne – baterie do Antaresa jeszcze nie doszły. Coś widzę, że nie polatam sobie w tym roku na Antaresie.

Jutro w planie wspólny lot z Michałem. Lot szczególny bo w jego 29 urodziny. Już dziś Wszystkiego Najlepszego !

Jurek

Dzień 7. – Atak na rekord 500 km

Od rana – nastrój plażowy. Wszystko za sprawa temperatury i bezchmurnej. Co prawda zaciągnęliśmy szybowce na start, ale startować na błękitne niebo nie chciało się nikomu. Był więc basenik, książeczka. Tak do lunchu. Potem zaczęły pojawiać się cumulusy. Jak zwykle w takich sytuacjach wyznaczam sobie trasę krótsza. Tym razem wybór padł na trójkąt 541 km. Podchwycił to Michał i Wojtek. Startuję o 13:30. Od razu komin 3-4 m/sek. Po wykręceniu 4000 m ruszam na trasę o 13:51, podobnie koledzy. Lecimy do 1 pz na północnym wschodzie – zaraz za granica w Botswanie. Odnotowuję, że meldowanie powinno nastąpić powyżej wysokości 3000 m. Chmury dobrze się układają. Można więc wybierać pod nimi. Zakładam dopiero w 5 m/sek. Zasadniczo przy próbie prędkościowej komin trzymetrowy to już porażka. Tym razem było pięć i dało to dobry rozpęd. Podstawa chmur już sięga 4300 m. Chmury dobrze się układają. Udaję się tez trafiać kominy powyżej 4 m/sek. Tylko w takich zakładam. Przed 1 pz jest duży przeskok. Całe szczęście przed samym punktem trafiam 4-5 m/sek i wykręcam sufit ? teraz to już 4500 m. Punkt zaliczam o 15:25, prędkośc 152 km/h. Jazda do drugiego punktu też miła. Zwłaszcza początek drugiego boku bo pokonuję 50 km po prostej. Na drugim punkcie melduję się o 16:15. Prędkość wzrasta do 155 km/h. Jest dobrze, zwłaszcza że w kierunku lotniska układają się piękne chmury w sekwencjach. Jednak jak na złość nie mogę trafic upragnionej piątki, ot choćby czwórka. Tymczasem jest cztery, ale duszenia. Buuuu… Wyje wariometr. Jestem coraz niżej więc musze przeprosić się z dwoma metrami. Dopiero dalej łapię 4,5 m/sek. Niestety prędkość maleje. Jest już poniżej 150 km/h. No trudno trzeba walczyć do końca. Wykręcam wysoki dolot tak by być na taśmie na wysokości 3000 m. Udaje się, a finalna prędkość to 150,3 km/h. No troszkę za mało, ale było ciekawie. Robię jeszcze na luzie 200 km i kończę dzień z bilansem 748 km. Co najważniejsze pogoda zdecydowanie się poprawie. Wchodzimy w fazę afrykańskiego lata, a jest ono tutaj bez burz i deszczy. No i podstawy rosną. Oby tylko było na czym latać bo jutro wykonuje ostatni lot na Ventusiku. Może w sobotę polecimy razem z Michałem na Arcusie bo szanse na Antaresa

PS.
Michałowi też się dzisiejszy wyścig podobał. Niestety, a może stety, nie uwolnimy się od zawodniczych nawyków

Dzień 6 – Najdłuższy lot dnia !

No cóż – poranek piękny więc wcześnie siadamy do maszyn. W planie ambitny atak na rekord Polski na trasie trójkąta 1000 km. W tym wypadku chcieliśmy polecieć coś dłuższego niż to jest dotychczas. Tak więc zadeklarowany trójkąt 1080 km. Startujemy o 10:15. Bezchmurna dopiero się budzi. Na horyzoncie od strony wschodniej majaczą daleko cumulusy. Odchodzimy z wysokości 800 m. Pierwszy kominek niemrawy 1,5 m/sek. Pełni zapału trochę podkręcamy (pisze w liczbie mnogiej bo lecę z Michałem Lewczukiem). Od kominka do kominka. Ja raźno dolatuję po dość nisko do pierwszej chmurki (po 100 km). Niestety nie trafiam. Robi się niemiło. Jestem 400 m nad gruntem. A co tu dużo mówić – tutaj grunt to znaczy busz i brak pól do lądowania. Nie zwykłem odpalać silnika nad buszem. Wracam więc nad wyschnięte jezioro. Wysokość 200 m nat teren (kto nie wierzy odsyłam do strony OLC). Ręka już na rozruszniku. Nagle jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki 2-3 m/sek. Przyklejam się do tego komina i kręcę sufit. Ufff…. Potem już mkniemy raźno pod chmurkami. Pierwszy pz jest 320 km na północny wschód od lotniska na terenie Botswany. Niestety na południe już pada. Trzeba zmienić zadanie. Michał już wcześniej odwinął na południe (dobra decyzja bo zrobił trójkąt lepiej punktowany w OLC). Ja nawracam w kierunku lotniska. Od 150 kilometra znajduję krawędź burzy. Jazda po niej to bajka. Tak dochodzę do Kiripotib, nawracam i znów po krawędzi burzy. Po 150 km nawrót i ponownie jazda do Kiripotib. Ponownie nawrót i zapuszczam się kolejny raz na wschód. Szybka kalkulacja by zdążyć przed zachodem słońca. Wracając do lotniska jeszcze o 19tej trafiam komin 3m/sek. Ale już nie krążę. Trzeba zdążyć na kolację. I tak melduję się nad lotniskiem na wysokości 1200 m więc jeszcze lecę na zachód. Po 20 km zawijam w końcu do lotniska. Ląduję równo z zachodzącym słońcem. W sumie w powietrzu 9 godzin, przeleciana najdłuższa odległość dnia 1107 km. Ale nie było trójkąta więc w punktacji OLC druga dziesiątka. Jutro przyjeżdża Ludwig i będzie naprawiał Antaresa. Może od piątku lub soboty siądą za jego sterami. A jeśli pogoda jeszcze dopisze, to kto wie, kto wie…

Jurek

Dzień 5

Od rana trochę wytchnienie bo pełne zachmurzenie. Można spokojnie przygotować szybowiec. Na dodatek duża radość – MAM W KOŃCU REJESTRATOR !!! zaczyna się więc latanie na całego. Po wczorajszych emocjach postanawiam dziś polatać relaksowo na OLC. Startuję później i lecę 100 km na zachód. Następnie nawracam i przez Kiripotib pędzę do Gobabes. Oj znam to miejsce, znam. Chmury trochę się rozmywają, ale nie jest tak źle jak straszył dziś Bernd. Po na powrocie nad lotnisko wykręcam sufit (4000 m) i lecę na zachód. Po 30 km znajduje szlak biegnący hen na południe. Lecę więc po tym szlaku następnie zawracam, lecę na północ, znów zawracam i ponownie na południe. Ot taki zygzak. Następnie pod pięknymi chmurami robię dolot. Mijam lotnisko i lecę jeszcze na wschód. Ląduję 15 minut przed zachodem słońca. Lot był malowniczy – na fartuchach deszczu skrzyły się tęcze. Wynik też dobry – coś koło 10 miejsca na OLC. A wieczorem miłe rozmowy w gronie przyjaciół z Polski, Austrii i Niemiec. Wielu jest tu znajomych z poprzednich lat. Można się poczuć jak w domu.

Jurek

SZALONA JAZDA

Prognozy podobne do wczorajszych. Tak więc nasze apetyty rosną. A czemu by tak nie pokusić się o trójkąt FAI 1100 km ? Zrobienie go to zgarniecie kilku rekordów Polski za jednym razem. Po wczorajszym „spacerku” wydaje się to całkiem realne. Co prawda ja nadal nie mam certyfikowanego logera, ale Michał ma więc może on sięgnie po ten zaszczytny tytuł rekordzisty Polski. Deklarujemy trójkąt FAI z z punktami na zachód (Gollschau), na południe (Snyfontein) i na wschód (Corridor Farm) od lotniska. Startujemy o 10:10 i z pierwszego kominka, z wysokości 700 metrów odchodzimy na trasę. Chmury już są. Jest lepiej niż wczoraj. Do 1 pz 140 km co osiągamy dość łatwo. Prędkość jakieś 125 km/h. Teraz jazda na południe. Niby jest dobrze, chmury układają się ładnie, w sekwencje, noszenia 3-4 m/sek, podstawa ponad 4000 m, ale prędkość jakoś marnie nam przyrasta. Na drugim punkcie po przeleceniu kolejnych 350 km mamy ?zaledwie? 135 km/h. Na dodatek około 40 km przed punktem nasze drogi się rozchodzą. Michał bardziej prawą, a ja lewą strona. Idę pod szlaczkiem, ale łapię w jego połowie 4,5 m/sek. To wyrabia mi przewagę nad Michałem. Zaliczamy punkt i skok z południowy wschód. Lecąc po lewej stronie kreski znajduję doskonały szlak na linii konwergencji. Po prawej stronie mam ścianę deszczu ale piękne chmury dają doskonałe noszenia. Pędzę więc cały czas na wysokości 4000 m i bez krążenia przelatuję ok. 140 km. Michał jest jakieś 20 km za mną. Dość często przekazujemy sobie informacje, co w tak bezludnej okolicy jest miłym akcentem. Człowiek nie czuje się tak samotny wśród pustyni i czarnych chmur. Niestety na 120 kilometrze przed ostatnim punktem zabawa się kończy. Przede mną ściana deszczu. Trzeba podjąć jedyną słuszną decyzję ? czas wracać do domu. Zawijam w lewo. To samo robi z tyłu Michał. Powrót to nie bułka z masłem. Po każdej stronie deszcz. Przed nami porządnych chmurek brak. Zatrzymuję się na 140 km w strone domu pod ogromną rozmytą chmura. Ale łapię meterek, potem dwa. Michał jest z przodu. Podejmujemy decyzje by skierować się na Bitterwasser. Zwłaszcza, że lotnisko w Kiripotib jest w tej chwili zamknięte z powodu obfitych opadów deszczu. Za godzinę ma być lepiej. Meldujemy się nad ogromnym wyschniętym jeziorem, które jest lotniskiem w kultowym Bitterwasser. Próby nawiązania łączności z termiką palą na panewce. Zapalamy więc motory i w ten sposób dochodzimy do Kiripotib. Tu co prawda już nie pada, ale szaleje porywisty wiatr. Lądowanie podnosi więc poziom adrenaliny. W końcu jesteśmy w domu. Dzisiejszy wynik w skalli klasyfikacji OLC jest dobry i plasuje nas w pierwszej i drugiej dziesiątce. Ja przeleciałem ok. 960 km. Brak dobrego rejestratora nie pozwala tym razem pokazać wyniku w tabeli OLC (brak zapisu pracy silnika). Nie szkodzi. Lot był naprawdę pasjonujący. Od jutra mam mieć rejestrator więc czas samemu brać się za rekordy. Oby tylko pogoda pozwoliła.

Ślemy pozdrowienia wszystkim koleżankom i kolegom w Polsce, którzy musza patrzeć przez okno na zimny i deszczowy krajobraz.

Jurek

Tysiąc Michała Lewczuka, rekordowa prędkość Jurka na trójkącie 1000 km

Piękny poranek. Bernd zagania nas szybko na start – i dobrze bo pogoda szykuje się dziś doskonała. Michał Lewczuk deklaruje trójkąt FAI 1000 km, robię to samo. Odchodzę na trasę nieco później i gonię Mochała. Pierwszy pz na zachód od Kiripotib. Początkowo warunki słabe ale po 100 km poprawiają się. W rejonie gór jest już dobrze. Gdy Michał jest na pierwszym pz ja mam jeszcze 30 km. Na drugim boku za bardzo odbijam w lewo i przewaga rośnie do 40 km. To znak, że prawa strona trasy, która leci Michał jest lepsza. Mkniemy ponad 300 km na południe. Przed drugim pz wykręcam dobrą czwórkę nad piękną górą (to chyba jest wulkan). W tym momencie mam do Michała już tylko 15 km. Na trzecim boku padają deszcze po prawej stronie trasy. Lecimy na wschód i trochę trzeba odbić na północ by deszczyki ominąć. Doganiam Michała na 80 km przed 3 pz. Wykręcamy sufit i rzucamy się między dwa duże obszary z opadami. Na 30 km przed punktem dopadamy szlaku, który dowozi nas do punktu. Jest 16:30, do domy jakieś 200 km. No po prostu bajka. Trochę mamy kłopoty ze znalezieniem dobrej trójki na dolot, ostatecznie łapiemy pełne 4, czasami do 5 m/s i wykręcamy na 90 kilometrze dolot. Potem już pędzimy z prędkością 250 km/godz do mety. Michał szczęśliwy – jako kolejny Polak zdobywa odznakę 1000 km. Ja robię prędkość 146 km/h i biję rekord Polski Janusza Centki. No tak, tak bym chciał zawołać. Co prawda prędkość się zgadza, ale z braku rejestratora używam Flarma. Nie podejrzewam by miał certyfikację. W sumie poleciałem więc dla siebie i z tego też się cieszę. Zresztą wiedząc, że nie mam dobrego rejestratora zaliczałem sektory po cylindrach tak jak się lata na OLC. Może na jutro znajdę jakiś rejestrator. No i tak ogólnie to szkoda, że Antares 23E jest niesprawny. Oj dziś dał by czadu. Największa radość z sukcesu Michała Lewczuka. Wielkie gratulacje.

Na jutro zanosi się też na doskonałą pogodę więc zapewne znów na coś się rzucimy.

JK

2. Dzień

No cóż nie był to dzień obfitujący w fantastyczne wyniki. Ot przypomnienie sobie na czym polega latanie szybowcem właśnie tu. Powtórzenie punktów w rejonie Kiripotib, sprawdzenie jak lata szybowiec, jaka jest termika. Tak więc zapewne nie dokonałem niczego wielkiego dziś, obleciałem jakieś 600 km, byłem na wschodzie, pozdrowiłem znajome Gobabes, byłem na zachodzie i zerknąłem na Kante. Jedynym ekscytującym momentem było lądowanie. Dziesięć kilometrów na północ od lotniska stała burza i to za jej sprawą wiał silny, wręcz północny wiatr. To tylko on dostarczył mi dziś sporo emocji podczas lądowania. Szybowiec był bowiem targany jak przysłowiowy „pies flakiem”. W końcu bezpiecznie posadziłem maszynę na ziemi. Ot i cała historia na dziś.

A jutro może pogoda pozwoli na dokonanie czegoś bardziej ambitnego. Kto to wie…

JK

22. Listopada

A jednak znów w Kiripotib

Mimo, że wyjazd ten planowałem już od marca dopiero teraz sprawy nabrały stosownego tempa. Jeszcze w poniedziałek snułem plany co do ewentualnych rekordów Polski, Afryki, a może i świata. Witek Czarnik dosłał mi aktualne rezultaty, a tu nagle we wtorek bomba ! „Mój” Antares 23E uszkodzony ! Pilot, który wykonywał na nim lot „wypalił” baterie, a mówiąc prostym językiem wyczerpał je do końca piłując na siłę do Kiripotib. Jest to miękkie podbrzusze tego szybowca – baterie wyczerpane do zera można jedynie wyrzucić. Na nowe przyjdzie poczekać bo lecą ze Stanów. Taka wiadomość podcina mi skrzydła. Miał być super szybowiec o rozpiętości 23 metry, a tu nagle nie ma nic. W środę między operacjami w klinice wydzwaniam, pisze maile. O 20:30 pojawia się nadzieja – Bernd Sebald z Niemiec ma wolnego Ventusa 2cM. Szybowiec stacjonuje w Bitterwasser. W ciągu dwóch godzin finalizuję kontrakt. O 23:00 w środę zapada decyzja – lecę w czwartek rano. Szybkie pakowanie i o pierwszej w nocy jestem gotowy.

Namibia wita mnie piękną pogodą. Lot był przyjemny, samolot z dużą liczbą wolnych miejsc. Docieram do Kiripotib o 9:30. Spotkanie z gronem przyjaciół. Po lunchu ruszam do Bitterwasser. Kierowca mknie po szutrowych drogach z prędkością 140 km/godz. Mijamy małpy, są też żyrafy (nie widziałem ich w latach poprzednich). W Bitterwasser elegancko, częstują mnie kawa i ciastem. Potem zabieram się za odbiór Ventusa. Szybowiec jest w doskonałym stanie. Aż miło patrzeć. Formalności zabierają mi godzinę. Jedziemy na start. Pole wzlotów ogromne – wszak to jest dno wyschniętego jeziora. Jednak gdy chcę startować zrywa się bardzo silny wiatr tylny. Zapada decyzja o zmianie kierunku startu. Pół godziny jedziemy na drugi koniec jeziora. W tym czasie chmury rozpadają się. Oj przyjdzie lecieć do Kiripotib na silniku. Staruję grubo po 18-tej. Przede mną tylko błękit. Piłuje więc pod wiatr pełne pół godziny. W końcu miły widok znajomej farmy. Parę kółek i ląduję. Dawno tak długo nie mieliłem śmigłem. Od wschodu zbliża się potężna burza. Zabezpieczam szybowiec i z opóźnieniem melduję się na kolacji. Pierwszy dzień zaliczony.

W miłym gronie kolegów kończymy dzień. Od jutra już dobre latanie. Pogoda poprawia się więc nastroje się do niej dostosowują.

Jurek