Szybowcowe Mistrzostwa Polski w Klasie Klub 2009

5. Konkurencja

Ostatniego dnia zawodów pogoda zapowiadała się rewelacyjnie, toteż z pewnym zdziwieniem piloci obserwowali otrzymane od kierownika sportowego zadania – obszarówka 3h15min, ze startami ziemnymi o godzinie 11:05. Jeśli start lotny miał być otwarty o 12, mieliśmy do dyspozycji spokojnie 5h termiki, więc zadanie było troszkę krótkie. Ponieważ jednak zadaniem zawodnika jest latać, a nie wykładać konkurencję wszyscy skupili się na wprowadzaniu trasy do lusterek, a niektórzy (w tym autor tego tekstu) nawet do rysowania go na mapie. Plan miałem prosty – spodziewałem się najsilniejszych warunków między 13 a 17, więc postanowiłem czekać z odejściem do 13. Od tej godziny miałem „polować” na dogodne połączenie w kierunku trasy. Z tego względu przestawiłem szybowiec z drugiego rzędu na koniec gridu – po cóż zbierać muchy i męczyć się niepotrzebnie lataniem nad lotniskiem. Starty lotne były otwarte już o 12, mniej więcej wtedy znalazłem się w powietrzu i pozostała ponad godzina oczekiwania. Po odejściu miałem całkiem przyjemny szlak w kierunku pierwszej strefy, na wschód od Częstochowy. Tam niestety chmury rozlewały się, przez co między nimi były spore odległości. Na szczęście ponad 3-metrowe noszenia i podstawy 1800-1900m ułatwiły lot przez ten rejon. Podjąłem decyzję, by pierwsze dwie strefy znajdujące się w tym rejonie zrobić krótko, a odległość wyrabiać w pozostałych dwóch strefach na zachodzie – oczekiwałem, że chmury tam nie będą porozlewane, gdyż odchodząc obserwowałem pogodę na zachodzie i nie zauważyłem tam tendencji do takiego rozwoju pogody. Nie pomyliłem się, krótkie, ale za to silne odcinki szlaczków doprowadziły mnie aż za Zduńską Wolę, tam udało mi się poprzez kilka chmurek między obszarami przeskoczyć do przedostatniego obszaru na południe, gdzie złapałem ostatni szlak wiodący do domu. Prędkość jaką udało mi się uzyskać przerosła moje najśmielsze oczekiwania – nie pamiętam, bym kiedyś zrobił 115km/h na pustym jantarze w dodatku na dość długiej trasie – przeleciałem 377km. Fakt, że gdyby była to klasyczna konkurencja, osiągnięcie takiego rezultatu, byłoby na pewno znacznie trudniejsze, zapewne któreś punkty znajdowałyby się zbyt daleko od chmur ;)

Tym razem okazało się że wygrałem konkurencję a w dodatku awansowałem z piątego na drugie miejsce, pozostało więc tylko świętować, no i oczywiście pogratulować pozostałym medalistom- niedoścignionemu w tym roku Łukaszowi Grabowskiemu i Pawłowi Wojciechowskiemu, który z niewielką stratą punktową zajął 3 miejsce.

4. Konkurencja

Od rana było wiadomo, że pogoda, w której rozegramy czwartą konkurencję, będzie lepsza niż dotychczasowe. Jednak to co działo się na niebie przerosło chyba oczekiwania wszystkich, łącznie z kierownikiem sportowym, który z dwu przygotowanych wariantów – 404 i 504km, dał ten krótszy. Podstawa na początek dnia (starty rozpoczęły się już o 11) nie była oszałamiająco wysoko – 1300m. Tendencja była co prawda delikatnie zwyżkowa, ale przez godzinę podniosło się może o 100m. Wielu zawodników zdecydowało się na dość wczesne odejście. Mi się wydawało, że warto będzie poczekać, tym bardziej, że przed odejściem podleciałem kilkanaście kilometrów w kierunku pierwszego PZ, gdzie widać było, że teren, przez który prowadzi pierwszy bok, dopiero wygrzewa się. Ostatecznie odszedłem 25minut po otwarciu. Jak się okazało, jako jeden z ostatnich, a poza tym, chyba tak zdecydowanie za wcześnie. Lot do pierwszego punktu nie sprawiał dużych problemów, ale prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero w rejonie tego punktu. Noszenia ustabilizowały się, można było dość często złapać 2,5 i więcej średniego. Podstawy miały już 1600m, później wzrosły nawet do 2000. Lot z przedostatniego punktu przez punkt dolotowy odbywał się pod pięknym szlakiem, pod koniec którego przeleciałem nawet przez 4-metrowy komin. Żałowałem później, że nie zrobiłem w nim choć 1 – 2 kółek, bo na końcóce dusiło mnie tak bardzo, że obawiałem się o to, czy osiągnę w ogóle metę. Na szczęście na 5 km troszkę odpuściło. Lądowaliśmy chyba w szczycie warunków termicznych. Można było jeszcze latać i latać… Wieczorem przyleciał do nas niespodziewany gość- Zdzisław Bednarczuk wylądował z przerwanego przelotu 1000km – zrobił 925! Wspaniały wyczyn :)

3. Konkurencja

Po trzech dniach nielotnych, nie wszyscy dowierzali w możliwość rozegrania konkurencji, mimo błękitu, zmąconego jedynie pojawieniem się porannego altocumulusa, który dość szybko rozpuszczony został przez słońce. Zadania otrzymaliśmy na starcie – wielobok 326km. Pogoda nie rozpieszczała wysokością podstaw – około 1300-1400m, miejscami nawet 1200. Na szczęście krótkimi odcinkami chmury układały się w szlaki, a niewielkie podtrzymania tu i ówdzie pozwalały nawet pustym jantarem pokonywać spore odległości, jakie robiły się miejscami w późniejszej części dnia pomiędzy chmurami. Przez cały dzień nie łapałem raczej słabszych noszeń niż 2-metrowe, ale też nie za bardzo mogłem trafić w jakieś silniejsze, tymczasem kilku kolegów chwaliło się 4,9m/s średniego noszenia. Dolot udało również się wykonać bezproblemowo, choć przez chwilę wydawało się, że w kierunku punktu dolotowego posypała się już termika i będzie problem z wykręceniem tych ostatnich metrów. W końcu mieliśmy porządną konkurencję za 1000 punktów i wygląda na to, że kolejne dwa dni również zaowocują takimi.

2. Konkurencja

Przed drugą konkurencją trudno było coś powiedzieć jednoznacznie o pogodzie. Prognozy były ekstremalnie różne- jedna dawała bezchmurną, druga burze… W związku z tym jako zadanie dostaliśmy 3 – godzinną obszarówkę. W ciągu dnia zmienił się kierunek wiatru, w związku z czym czekała nas dodatkowa rozrywka w postaci zmiany grida – trzeba było wszystkie szybowce przeciągnąć na drugi koniec pasa. Mimo że poszło to całkiem sprawnie, trzeba było skrócić czas zadania do 2 godzin. Wydawało się, że zadanie nie przysporzy większych trudności, o ile nie pojawią się zapowiadane burze. Zaczęły się pojawiać ładnie wyglądające cumulusy – szczególnie na zachód od lotniska. Co prawda nad lotniskiem dość długo nie było porządnych noszeń, ale w końcu udało się wykręcić podstawę. Podjąłem decyzję, by lecieć samemu, nie oglądając się na krążące za linią stado szybowców. Wydawało się, że po chmurach samotny lot nie będzie trudny. Tymczasem kiedy dolatywałem do kolejnych chmur, dawały bardzo słabe, lub żadne noszenia. Szczególnie w drodze do drugiej strefy każda kolejna chmura wydawała się coraz ładniejsza i, pomijając jedną, czy dwie, mocno mnie zawodziły. W pewnym momencie stwierdziłem, że chmura przede mną zawsze wygląda ładniej niż ta pod którą jestem, tak samo jak ta, pod którą byłem 5 minut wcześniej, a która nie dała żadnego noszenia…. Jedyny dobry komin tego dnia – ponad 3m/s średniego (wcześniej 1,5 to było już bardzo dobre noszenie) udało mi się złapać na dolocie, niestety, miałem już +50m z nastawią na 1,5m/s, więc jedynie parę kółek w nim zrobiłem, by móc przyspieszyć na końcówce. Chyba większość zawodników miała większe, czy mniejsze problemy na trasie, bo pomijając kilka wyników (w tym rewelacyjną prędkość Pawła Wojciechowskiego i Kasi Beuth), wszyscy uzyskali zbliżone prędkości, mimo różnych czasów odejść i koncepcji oblotu tej obszarówki. Burze, owszem, były, ale później i zupełnie gdzie indziej, w naszym rejonie ani troszkę :)

1. Konkurencja

Mistrzostwa rozpoczęły się od całkiem niezłego latania. Zadaniem dnia był wielobok 304km, który dla nikogo nie okazał się zbyt długim. Pogoda tym lepsza, im dalej lecieliśmy na wschód i szkoda, że trzeba było do jednego punktu wracać na zachód. Nad lotniskiem nie było rewelacji i rzadko można było trafić coś w okolicach 2 m/s, ale już kilkadziesiąt kilometrów n wschód chmury robiły się coraz ładniejsze i dawały 2-3m/s, a niektórzy meldowali nawet 4-metrowe noszenia. Na całej trasie nie miałem większych problemów, no, może poza peletonem,który mnie dopadł :). Dziś to jednak nie peleton wygrywał, a uciekający mu samotnie Łukasz Grabowski, Robert Śliwiński i Marek Biały.