Pribina Cup 2012

7. Dzień – 5. konkurencja

13 kwietnia i piątek – ta konstelacja wróżyła coś niepokojącego. Okazało się jednak, że warunki termiczne przeszły najśmielsze oczekiwania nie tylko organizatorów ale i samych pilotów. Skończyło się tym, że zdecydowana większość zawodników ukończyła konkurencję grubo przed czasem. Zadaniem dnia była bowiem konkurencja obszarowa z minimalnym czasem oblotu 2,5 godziny. Już po stracie warunki zapowiadały się dobrze. Co prawda po przecięciu taśmy lot do pierwszej strefy na południu nie był oszałamiający ale prędkość pod wiatr przekraczała 100 km/h. Wiedziony intuicją odszedłem na trasę dwukrotnie, przy czym powtórny raz był około 7 minut po większej grupie. Szkoda, że nie 17 lub nawet 27 minut. Decydującym niedopatrzeniem było załamanie trasy w połowie pierwszej strefy. Warunki termiczne rozwijały się, bowiem tak korzystnie, że już po powrocie w rejon Nitry wiadomym było, że może być zbyt wiele czasu by wypełnić kilometrami dostępny czas. Podstawa chmur wzrosła do 1800 m, noszenia dochodziły nawet do 5 m/sek. Po zaliczeniu na maxa drugiej strefy dogoniłem grupkę szybowców pod wodzą Wolfganga Janowitscha. Fajnie bo odchodzili ok. 6 minut przede mną. Dalej lot do trzeciej strefy na północy układał się, bezproblemowo. Piękne, dorodne chmury o wysokich podstawach dawały świetne noszenia. Dziś góry oglądałem bez stresu. Zaliczyłem trzecią strefę najgłębiej jak się dało i ruszyłem na dolot. Po drodze jedna podkrętka w 4m/sek i szybki jazda w kierunku Nitry. Na linii mety zameldowałem się o 15 minut za wcześnie. No tak, trzeba było dołożyć kilometrów w pierwszej strefie. Zrobili tak tylko piloci na szybowcach o rozpiętości 25 metrów. Pozostali nie byli aż tak dalekowzroczni i nie przewidzieli, że pogoda umożliwi nam ekspresowe latanie. Wszak rzeczywiste prędkości wynosiły 125-126 km/h. To jest już coś ! Pomijając te narzekania można stwierdzić, że lot był ciekawy, a ostatecznie dobre miejsce zaprocentowało awansem na miejsce dziewiąte (tak jak w roku 2009 podczas mistrzostw Europy). Czy jednak pogoda da szanse jutro na kolejną konkurencję – Kto wie, ale wygląda to marnie.

Jerzy Kolasiński

Dzień 6.

Niestety dziś pogoda deszczowa więc konkurencja została odwołana. Po wczorajszych emocjach przyda się jeden dzień odpoczynku. Miło nam, że oko fotografa zawodów dostrzegło logo Naszego Teamu. A może to szczęśliwy znak dla jednego z nas na jutro ? Oby… oby… :)

5 dzień – 4 konkurencja

Iniowy znów się udało rozegrać konkurencję mimo, że pogoda nie nastrajała optymistycznie. Dziś klasa dla siebie był szwajcar Werner Danz, który osiągnął na Antaresie zawrotną prędkość 108,8 km/godz. Ja nie mogę się taką prędkością pochwalić, choć zanosiło się na podobną lub nawet lepszą. A wszystko za sprawą późnego odejścia. Zadaniem dnia była konkurencja obszarowa z 5 (!!!) obszarami. Pewnie w Polsce posypały by się protesty, ale tu jest Słowacja i życie jakby prostsze, a ludzie mniej nadęci. Tak więc ruszyliśmy na trasę takiego dziwnego łamańca. Po wyczepieniu noszenia były całkiem dobre do 2-3 m/sek. Sporo szczęścia miał Staszek Wujczak, który przed odejściem wykręcił wysokość ponad 2300 m. To dało mu sporą przewagę bowiem w pierwszej strefie chmury zaczęły się rozmywać i zlewać dając niemal pełne pokrycie. Ja odszedłem na wysokości zaledwie 1600 m i nie znalazłem niczego w pierwszej strefie. Zawróciłem więc dość szybko. W rejonie Zoboru byłem już bardzo nisko i doszedłem do wniosku, że trzeba odejść jeszcze raz. Poczekałem więc, aż pogoda się nieco poprawi. I doczekałem się ! Tym razem przeciąłem taśmę (godzinę po całej stawce) na wysokości 1900 m i krawędzią szlaku pomknąłem pod wiatr na połud wschód. Wjechałem w strefę znacznie głębiej i ruszyłem do drugiej strefy. Osiągnąłem ją wysoko i co najważniejsze średnia prędkość wynosiła w tym momencie 120 km/godz. Chyba dostałem rumieńców z tego powodu, co wypłoszyło zapewne dalsze noszenia. Pod pełnym pokryciem ruszyłem po górach do trzeciej strefy w rejonie góry Wtacznik. Zaliczyłem ją na tysiącu metrach i nawróciłem w kierunku strefy czwartej. Niestety moja prędkość zaczęła niebezpiecznie topnieć. Przy tak silnym południowo wschodnim wietrze pozostał mi tylko żagiel. Dzięki niemu dotarłem do góry Tribec. Tam parę kółek w porwanym meterku i dalsza jazda do Zoboru. Tu resztki chmurek dały 1-1,5 m/sek. To pozwoliło osiągnąć wysokość dolotową 1500 m. Zaliczyłem więc czwartą strefę na zachód od Zoboru i spokojnie ruszyłem na dolot przez piątą strefę. Czułem, że jestem trochę za wcześnie i przylecę przed czasem, ale nie było już w czym podreperować wysokości. Ostatecznie przeciąłem linię mety o 2-3 minutki za wcześnie z prędkością 84 km/godz. To znów wynik średni, ale lot był ciekawy więc z pogodą ducha wypłukałem wysuszone gardło łykiem dobrego czeskiego piwa.

Jurek Kolasiński

Dzień 4. Konkurencja 3.

Miało być trochę cieplej, ale tak naprawdę to gorąco było przede wszystkim w kabinach szybowców. Zwłaszcza gdy przyszło wykręcać się w turbulentnych kominach nad górkami przy bardzo silnym wietrze. Ze względu na umiarkowane prognozy zadanie dnia było też łagodne – konkurencja obszarowa z czasem oblotu 2,5 godz. Na początku noszenia dość marne – zaledwie meterek, półtora. Przed odejściem wykręcam 1100 m . W koło bezchmurnie, a na niebie sporo cirrusa. Powoli przemieszczam się do pierwszej strefy na południe od Nitry. Gdy jestem już w połowie strefy łapię dobry komin 2-3 m/sek i wykręcam 1300 m. To wiele jak na dzisiejszy dzień. Zawracam po pięciu minutach i ruszam na północ. Po drodze łapię noszenia do 2 m/sek. Tak dolatuje do pierwszych górek. W rejonie Tribeca przeskakuję na zachodnie stoki i walczę o przetrwanie w turbulentnych kominach. Raz dwa metry w górę, raz w dół. Dopiero w rejonie Partzanckie mam stabilniejszy komin i wykręcam 1400. Stamtąd wjeżdżam w wyższe góry. Przede mną lider – Wolfgang Janowitsch. Staram się utrzymać za nim. Nawracamy w odległości ok. 70 km od mety. Do dolotu brakuje 350 metrów. Lecąc po prostej łapię pojedyncze noszenia, ale tylko podciągam. Powoli dolot się wyrabia. Jednak ciągle brakuje 100 metrów, a przy tak silnym wietrze wschodnim wszystko może się wydarzyć. Na 40tym kilometrze podkręcam parę kółek i zgodnie z regułami panującymi w Nitrze robię dolot po wschodnich zboczach Tribeca i Zoboru. Żagiel daje dobre potrzymania i bez problemu osiągam linię mety. Prędkość nie jest oszałamiająca ale miejsce przyzwoite co daje awans do pierwszej dziesiątki. Oby tak dalej. Na jutro znów szykuje się bezchmurna.

Jurek Kolasiński

Dzień 3. Konkurencja 2.

Po mroźnym, wietrznym i pełnym chmur dniu nastał dzień kolejny z termiką bezchmurną. Prognozy pogodowe nastrajały optymistycznie, zwłaszcza organizatorów, którzy wyznaczyli dla naszej klasy wielobok 505 km. Wyprawa wiodła poprzez Wielką Fatrę do pierwszego pz oddalonego na północ o 126 km, następne skręt w prawo i poprzez pasmo Chopka do 2 pz na wschód kolejne 105 km. Następnie powrót w rejon Małej Fatry (129 km) i nawrót na południe do ostatniego pz oddalonego od lotniska w Nitrze o 20 km na południe. Przed startem miałem dylemat czy nie pozbyć się części balastu. Przy tych temperaturach nie było mowy o otwieraniu zaworów w powietrzu. Mogło się to skończyć bryłami lodu pod skrzydłami i na kadłubie, a poza tym groziło nierówną utratą balastu. Ostatecznie wystartowałem z pełną wagą 600 kg. Jak się potem okazało był to błąd bo w czasie lotu spotkałem tylko jedną chmurkę, a jak na bezchmurną szybowiec był moim zdaniem zbyt ciężki. Na dodatek na końcówce słabe kominy aż prosiły się o lżejszy szybowiec.

Ale po kolei. Taśmę przeciąłem o 12:01. Razem z Karolem, Markiem i Tomkiem Dulem raźno ruszyliśmy do przodu. Jednak już w rejonie Tribeca nasze drogi rozjechały się. Noszenia były porwane, a ja spadłem dość nisko więc przyszło mi walczyć blisko górek. Moi współtowarzysze wysforowali się szybko do przodu. Po zaliczeniu 1 pz ruszyłem w wysokie góry. Przed Chopokiem spotkałem Tomka Dula. Razem przeskoczyliśmy ośnieżoną grań wysokich gór i po stronie południowej złapaliśmy dobą trójką. Z przodu koledzy meldowali dobre noszenia. My pojechaliśmy po śnieżnej grani Chopoka potem odłożyliśmy nieco na południe w kierunku drugiego pz. Lot w tym momencie był niezmiernie malowniczy. Pod nami jeszcze czynne wyciągi narciarskie i uśmiechnięci narciarze, którzy przyjaźnie machali do nas kijkami. Po zaliczeni 2 pz ruszyliśmy w drogę powrotną. Znów na grań Chopoka i po niej trochę na zachód. W tym momencie nasze drogi z Tomkiem rozjechały się i dalej pokonywałem kilometry sam. Dość niemrawo i dość nisko dotarłem do 3 pz. Całe szczęście tuż przed punktem złapałem dobre 2 metry i nieco poprawiłem sobie nastrój. Lecąc prawą stroną Małej Fatry łapałem kominy do 2 m/sek. Starałem się utrzymywać nad górkami bo tam trafiały się jeszcze całkiem przyzwoite kominy. Ostatnie dobre noszenie złapałem nad górą Tribec. Ciągle brakowało wysokości na dolot. Ale z braku noszeń rzuciłem się w kierunku ostatniego pz. Była już 18ta i nie można było liczyć na zbyt wiele. Na 10 km przed ostatnim pz złapałem dobre pół meterka i podniosłem się o bagatela 60m. Pozostało liczyć na lekkie podtrzymania. Po zaliczeniu ostatniego punktu powolutku sunąłem w stronę mety. Całe szczęście nad zaoranymi polami lekko podtrzymywało. To wystarczyło by płasko dolecieć do linii mety, a następnie bezpiecznie posadzić maszynkę na pasie w Nitrze. Kółeczo otwierałem dopiero na 5 metrach. Dziś poznałem dokładnie zasięg mojego Ventusa !. Mimo, że znów wynik jest przeciętny, ale jestem zadowolony z lotu. Piękne widoki i długi, optymalny dolot rekompensują nieco niższe miejsce w tabeli.

Wieczorkiem wiatr ucichł i zrobiło się nieco cieplej. Może więc jutro jeszcze polatamy…

Jurek Kolasiński

Dzień 2. – 1. Konkurencja

Wszystko było by dziś pięknie gdyby nie ten chłód i silny wiatr. Jedno było pewne od rana ? konkurencja będzie i to w silnych warunkach. Tak się też stało. Zadaniem dnia dla klasy otwartej był wielobok o długości 311 km z trzema punktami zwrotnymi. Gdy nasze maszyny wznosiły się w powietrze niebo zdobiły szlaki cumulusów. Silny północno zachodni wiatr nakazywał latać wysoko i jak najmniej krążyć. Odchodzę na trasę o 12.53. Podobnie pozostali Polacy. Z bocznym wiatrem lecimy do pierwszego pz oddalonego o 56 km na wschód od lotniska. Po drodze łapiemy noszenia 2-3 metrowe. Dobrze wyczekał Tomek Krok, który odszedł dopiero o 13:00. Dało mu to doskonały rezultat. Po zaliczeniu pierwszego pz mozolnie pchamy się w góry. Po 20 km wpadam w zawietrzną i ledwo przeskakuje wyższą górę by trafić w 3 m/sek. Całe szczęście chmury układają się w szlaki, co pozwala przemieszczać się pod silny wiatr. Wysunięty do przodu Karol Staryszak melduje, że drugi pz jest przykryty ścianą śniegu. Lecę z grupą szybowców prawą stroną trasy. Z naszej lewej strony rozpościera się kurtyna śniegu zasłaniająca całkowicie widok na zachód. Gdy dolatuję do drugiego pz ten odsłania się na tyle by go zaliczyć i już z wiatrem wykręcać w dwumetrowym kominie. Słyszę jak z przodu dziarsko pomykają Karol i Tomet Dul. Również Staszek Wujczak jest mocno z przodu. W koło mnie robi się jakoś pusto ? czyżby autobus z napisem ?koniec wyścigu??. Ale nic to, przede mną dobry szlak wiec bardzo szybko zbliżam się do trzeciego pz na południowy wschód od Nitry. Na 30 km przed punktem wykręcam 1800 m i z taką wysokością dochodzę z niewielką stratą wysokości do punktu. Tu nawrotka i bez krążenia, pod szlakiem dolatuję do mety. Jako, że to pierwsza konkurencja lecę zbyt ostrożnie i ostatnie 20 km gnam już 250 km/h. Próba otwarcia zaworów kończy się niepowodzeniem ? zamarzły. Lądowanie i szybkie manewry naziemne w podmuchach porywistego wiatru. Dzień udany, wynik przyzwoity choć bez rewelacji. Ale cóż, pierwsze koty za płoty. Jutro pewnie znów będzie latanie. W mrozie i szalonym wietrze. Ale skoro trzeba, to czemu nie.

Jurek Kolasiński

Dzień 1.

Do późna wieczór zjeżdżali do Nitry zawodnicy by dziś od rana stanąć w szranki walki o puchar Pribiny. Jeszcze rano widać było przebłyski słońca. To zachęciło wszystkich do szykowania maszyn. Później było już coraz gorzej. Coraz większe pokrycie i zagrożenie deszczem. Mimo to dyrektor sportowy zawodów Vladimir Foltin wyznaczył dla wszystkich klas konkurencje prędkościowe. Dla klasy otwartej był to wielobok o długości 176,5 km z trzema punktami zwrotnymi. Starty rozpoczęły się z pewnym opóźnieniem, ale dzięki doskonałej słowackiej organizacji bardzo szybko szybowce wszystkich czterech klas (club, 15 metrów, dwu miejscowe, otwarta) znalazły się w powietrzu. Tu nastąpiła walka o utrzymanie się w powietrzu. Na dodatek widoczność bardzo się pogorszyła. Podstawa noszeń nie przekraczała 900 m. Mimo to otworzono start lotny dla wszystkich klas. Chyba nikt nie ruszył na trasę. I dobrze bo po pół godziny w eterze zabrzmiało, że konkurencja jest odwołana. Większość szybowców lądowała w strugach deszczu. No nic, pierwsze koty za płoty. Pozostaje nadzieja, że jutro będzie lepsza pogoda.

Jurek Kolasiński