Pribina Cup 2011

Deszcze, pole i silne kominy. 4. Konkurencja.

Kolejny dzień zawodów – w którym przyszło nam rozegrać naszą czwartą konkurencję – okazał się dniem bardzo ciekawym, jeśli chodzi o warunki meteorologiczne. Wielu zawodników miało problemu już po starcie – trudno było uzyskać im dużą wysokość, gdyż warunki coraz bardziej oddalały się od lotniska. Szczęśliwie startowałem pierwszy, zdążyłem się jeszcze szybko wyrkęcić i na start oczekiwałem latając wysoko. Niestety latając też coraz dalej od linii startu. Wobec rozwijających się zbyt szybko chmur i pojawiających się coraz liczniej opadów deszczu, jedynie słuszną decyzją wydawało się jak najwcześniejsze odejście. Z chmury, pod którą kręciłem ostatni komin do linii odejścia dzieliło ,mnie 17km. Przeleciełame je niczym nie zakłóconym ;lotem ślizgowym. Potem trzeba było dobić mocno w lewo, by po przeleceniu kolejnych 20km dotrzeć do chmur (po drodze przelatując przez opad). Całkiem spory przeskok jak na szybowiec klasy Club :) na szczęście chmury do których dotarliśmy nosiły bardzo dobrze. Przez kilkadziesiąt kilometrów lot przebiegał bezproblemowo dzięki wysokim podstawom i silnym kominom (3-4m/s). Niestety przebiegał też coraz dalej od wyznaczonej trasy, gdyż z chmur nad naszym bokiem lał deszcz. W końcu znaleźliśmy się 15km z boku kreski, 90 stopni od punktu zwrotnego. Trzeba było się „rzucić” w jego kierunku. Lot wokół chmury z opadem zaowocował niestety wejściem w silne duszenie i do punktu dotarliśmy o wiele niżej, niż zakładaliśmy. Na powrót sensownej szansy nie było, więc jedynym wyjściem było polecieć kilka kilometrów za punkt, celem podrepeowania wysokości. Na szczęście udało się (choć nie wszystkim, Michał Lewczuk na X1 nie trafił komina pod dużą rozlaną chmurą i musiał Lądować w polu) i powróciłem na północ pod świeżo budujuący się szlak. Choć wszedłem pod niego nisko, nie połakomiłem się na początkowy meterek, ani stojące dalej 2m/s. Nie zawiodłem się – kawałek dalej znalazłem 4-5m/s! Śiwetny komin po walce w metrowych noszeniach jeszcze kilkanaście minut wcześniej. Do kolejnego punktu lot przebiegał bezstresowo i szybko. Znalazłem jeszcze dwie solidne „czwóry” i rozpadający się, ale wciąż noszący (a później padający deszczem) szlak do 2PZ. W rejon 3 PZ wróciłem po tym samym szlaku. Tu zabrakło końcowego akcentu w postaci mocnego komina dolotowego – ostatnie chmury w tym rejonie pozwoliły co prawda się wykręcić dość wysoko, by mieć zasięg do lotniska, ale niestety nie na tyle, by można lecieć szybko, albo chociaż być pewnym dolotu z mniejszą prędkością. Ruszyłem więc w kierunku lotniska powolutku i bez pewności, że je osiągnę. Na szczęście, choć termika już nie działała na tej ostatniej części trasy, nie traciłem też wypracowanego małego zapasu i osiągnąłem metę (ależ zazdrościłem tym wsdzystkim 15 metrowym szybowcom, które wyprzedzały mnie dołem mając pewnie spory zapas wysokości). Był to na pewno najciekawszy i zarazem najprzyjemniejszy lot tych zawodów :)

Piotrek

Konkurencja wyścigowa o długości 253 kilometrów dla klasy 15 metrowej. Konkurencja 3.

Górne pokrycie, które nam towarzyszy przy porannej kawie z każdym łykiem traci na swojej intensywności. Operacja przepalania jednak trochę trwa i starty wyznaczono na godzinę 12. Zajmuję tradycyjnie pierwsze miejsce na gridzie i czekam na warkot Cmielaka , który wyciągnie mnie z błogiego lenistwa pod skrzydłem. Pogoda nie powinna dnia dzisiejszego sprawiać kłopotów, jednakże należy obserwować rozwój chmur, które niebezpiecznie mogłyby pogrozić pilotom swoim burzowym wydźwiękiem. Sprawne holowanie piętnastek daje szanse otwarcia zegara o rozsądnej porze a tym samym możliwości manewru na odejściu. Ciągle rozbudowujące się cumulusy nad górkami zachęcają do szybkiego odejścia. Start przy tego typu pogodach i z punktem odlotowym nad miastem jest bardzo schematyczny. Wykręca się podstawę nad górkami Zaboru przelatuje 7 kilometrów do linii odejścia i wraca na górki w poszukiwaniu noszeń. Tak było i tym razem. Dobrze, że pierwszy punkt skierowany jest w linii pasm gór to nie trzeba było odchodzić znacząco od trasy. Pierwszy komin zgodnie z przypuszczeniami łapię nad Tribciem, który w 2,3 m/s wynosi mnie pod podstawę. Kolejna chmurka w stronę Partyzanskich nosi podobnie. Rozczarowanie przynosi zaś duża chmura nad Rokosem, nie udało mi się tam złapać porządnego noszenia a w stronę punktu nie było ładnych cumulusów. Słońce niedawno przedarło się przez dwa rozlewusy i dopiero zaczynało przekazywać energię ziemi. W tym rejonie nie było tak laminarnych noszeń a kominy fazowały, nie mogłem się wpasować w dobry komin i nie wykręciłem podstawy. Po punkcie nie było innej drogi jak przez tego samego cumulusa, który poprzednio przyniósł rozczarowanie. Tym razem było trochę lepiej choć pod dużą chmurą ciężko było wcelować w noszenie. Przeskok na drugą stronę Vtacznika zaowocował 2 metrowym kominem i krótkim lotem pod szlakiem. Niestety cumulusy prowadziły mocno na północ w strefę zakazana Sliac i trzeba było odbić na południe. Na 30 kilometrów przed punktem ciężko było coś złapać do tego wiatr 30 km/h nie pomagał w ta stronę dlatego punkt zrobiłem nisko i po odwróceniu się z wiatrem złapałem 2,3 m/s. Silny komin pozwolił mi wykręcić wysokość dolotową i na 70 kilometrów przed domem wiedziałem, że już nic się niespodziewanego nie wydarzy.

Leszek

Konkurencja 2. – 24.04 – Nisko i blisko

Klasa Club

Po pierwszym dniu, kiedy to rozsądek nakazał nam zawrócić przed drugim PZ, apetyty na wykręcenie dobrej prędkości na trasie były duże. Niestety – pogoda szybko zweryfikowała nasze plany. Słabiutka bezchmurna, zasięg noszeń do 1000m nad lotniskiem i 600m nad punktem odlotowym oddalonym w dodatku 15km pod wiatr wiejący z prędkością 30km/h spowodowały, że nawet przecięcie linii startu było nie lada wyczynem. Kiedy udało się ją przeciąć na wysokości 600m, wydawało nam się, że jesteśmy strasznie wysoko (po ciągłej walce na 400m, perspektywa mocno się zmienia). Pogląd na zasięg szybowca klasy Club z tej wysokości dały nam na szczęście szybowce odchodzące chwilę przed nami – po kilku minutach lotu zatrzymywały się na polach kilka kilometrów w kierunku trasy. Po całym dniu latania w nadziei, że coś się „wygrzeje) i choć trochę podniesie się zasięg, musieliśmy się poddać, polataliśmy jeszcze trochę na żaglu na Zoborze i wylądowaliśmy.

Pozostałe klasy też nie odnotowały większych sukcesów, choć udało im się dalej od domu odlecieć. Jak się okazało, aby przelecieć 100km, trzeba było dysponować doskonałością ponad 60, gwarantowaną przez szybowiec Nimbus 4, który jako jedyny pokonał tę barierę.

Mamy nadzieję, że kolejne dni przyniosą większe sukcesy ;)

Piotrek

Klasa 15m

Od południowej części lotniska na niebie rozciągała się warstwa grubego pokrycia po same Wegry i głębiej. Zdziwiło mnie, że po raz kolejny organizatorzy upatrzyli sobie trasę w tamta stronę. Na północy mimo, że bez rewelacji to na niebie zaczęły pojawiać się Cu. Wątpliwość budziła również podstawa chmur, która sięgała 700 metrów. Jednak po wyczepieniu chmur przybywało a południowa część pokrycia traciła na sile. Wyczekałem z odejściem, aż byłem pewien, że nie trafie po 60 kilometrach lotu w ta warstwę górnego pokrycia. W międzyczasie chmur niestety troche ubyło a podstawa nie wzrosła. Jednakże okolice pierwszego punktu wyglądały zachęcająco. Odszedłem w słabej fazie, ale po 15 kilometrach, już mogłem spokojnie zaliczyć punkt pod świeżymi cumulusami i pod wiatrem przez dolinę podlecieć w stronę Tribieca gdzie stały cumulusy. Wszystko układało się poprawnie, tylko to południe niestety w ogóle nie pracowało. Po wylocie z ostatnich górek z pokrycia nic nie zostało, ale też na jego miejsce nie powrastały, żadne oznaki noszeń. Podstawa 700 metrów, silny wiatr i do przelecenia ponad 120 kilometrów. Co przeskok na tym nizinnym bezchmurzu to zabieranie się z ziemi i z wiatrem dryfowanie z powrotem. Jasne się stało, że osiągnięcie drugiego punktu i trzeciego będzie nie możliwe, a pewne jest szybkie lądowanie w polu. Akurat warunki kończyły się przy lotnisku, więc obylo się bez pola. Nikt z 15 metrowej klasy nie obleciał a tylko jedna osoba zaliczyła 100kilometrów. Jeszcze gorzej miały kluby, których trasa wiodła od razu na południe, część z nich z prostej lądowała w polu.

Leszek

1 konkurencja 23.04. – daleko od domu

Ostatni dzień treningu przyniósł rewelacyjną pogodę ? podstawę 3300 nad górami i noszenia do 4-5m/s. Ci, którzy polecieli wysiadali z szybowców z uśmiechem od ucha do ucha. W związku z tym kierownik sportowy poniesiony nieco ambicją wyłożył na pierwszy dzień bardzo ambitne zadania. 700 dla klasy Otwartej i po 500 dla pozostałych klas. Niestety trochę przedobrzył. Mimo ładnie wyglądającego nieba, termika długo nie mogła się wzbudzić. Starty przesuwano kilka razy, a w końcu gdy do nich doszło, szybowce nie mogły utrzymać się w powietrzu. Stojąc na gridzie obserwowaliśmy masowo spadające i nisko krążące długale i kluby. Dopiero tuż przed 14-tą zapracowałoporządniej i już pod nielicznymi cumulusami można było wykręcić 2200m. Będąc pod podstawą czekałem na Tomka, który powtarzając start został wyholowany na końcu kolejki. Niestety przez to przegapiliśmy moment, kiedy warunki pozwalały wykręcić się na maksa. Musieliśmy odchodzić z 1700m ok. 14.30. I znowu pech – nasz wspólny lot skończył się po trzech przeskokach, gdy straciłem do Tomka 400m. Dalej lecieliśmy osobno wymieniając się pomiędzy sobą i pozostałymi 15-tkami informacjami o pogodzie. Do pierwszego punktu szło całkiem nieźle, zdarzały się 3 i 4 metrowe noszenia, a podstawa także się podniosła. Problemem dla mnie po pierwszym punkcie było przeskoczenie Niskich Tatr. Rozległe altocumulusy skutecznie wytłumiły termikę. Tomek trafił w dobre noszenie i wykręcił się na wysokość umożliwiającą przeskok gór, a ja przylatując 500m niżej podkręciłem się tylko do 1700 i komin siadł. Nie było innej możliwości, musiałem czekać w tym samym miejscu na następny bąbel. Trwało to dobre 15 minut. Z 2500 odprostowałem i przeleciałem nad Chopokiem. Winpilot pokazywał dolot do mety na 19.20, przy nastawie Mc?Creadiego na 2m/s… Mimo to wierzyłem, że sięuda. Dalej przez kilkadziesiąt kilometrów było całkiem fajnie. Wraz z Maćkiem Tomczyńskim na Dg-1000 wykręciliśmy sufit w połowie drugiego boku w 3-metrowym noszeniu. I to był dla mnie koniec termiki. Do drugiego punktu leciałem dalej w ?maśle?. Ostatnią deską ratunku były resztki cumulusów 10km za punktem pod wiatr. Niestety i one nie zabrały. Ziemia była już blisko, spojrzałem w dół i domyśliłem się, że pode mną są Węgry. Mając już kilka doświadczeń z tego kraju, postanowiłem zawrócić na Słowację i tam jeszcze szukać szansy na kontynuację lotu. Było już za późno, tuż przed 18tą wylądowałem w pięknym, młodym zbożu, nieopodal miejscowości Jesenske, 150km po prostej do domu? Bardzo ucieszyła się Lila. Mogła 3 godziny potrenować jazdę z wózkiem po mnie w pole. Pomógł jej Mateusz Szymara, nasz reprezentant na Mistrzostwa Świata Juniorów. Jak się następnego dnia okazało trening się przydał?

Oby dalej pogoda dopisała, bo prognozy są nieciekawe.

Łukasz W.