Namibia 2014

11 dzień – 6 stycznia 2015

Na pożegnanie atak na rekord Polski ! Nareszcie pogoda uległa poprawie. Przygotowując rano szybowiec czułem, że po nocy pokrowiec na kabinie jest troszeczkę wilgotny. To dobry znak i zapowiedź cumulusów. Łukasz dziś kończy lot w Bitterwasser. Obiecałem, że go odbiorę około szóstej. Stąd ograniczyłem długość lotu i zadeklarowałem trójkąt FAI 400 km z punktem odejścia i mety w Pokweni. Wystartowałem po 13tej. Wykręciłem ponad 4000 metrów i niezwłocznie skierowałem się do punktu odejścia. Odszedłem na trasę z wysokości 3000 m nad poziom gruntu. Tak więc wg zasad FAI muszę zameldować się nie niżej niż 2000 m nad grunt. Pierwszy punkt był zlokalizowany na północnym skraju Kante. Wrzuciłem 200 na godzinę i jadę tak długo aż napotkam komin 4-5 metrowy. Przede mną bezchmurna, ale na 60-tym kilometrze widać kłaczki. Pierwszy daje tylko trzy metry – puszczam go, dalej tylko dwa i pół. Dopiero za czwartym razem łapię poszarpane cztery. Jestem już ok. 1200 m nad grunt więc muszę założyć. Komin dość szybko spada do 3 m/sek. Jeszcze parę kółek i pędzę dalej w poszukiwaniu piątki. Niestety prędkość słabnie. Natomiast przybywa chmur. Podkręcam po parę kółek w 3-4 m/sek. Na punkcie mam prędkość 165 km/h. To nieźle. Lecę rogalem nad Kante w kierunku drugiego punktu na południu. Krzysiek melduje, że 100 km ode mnie na południu cirrus tłumi termikę. On zawraca ze swojego tysiączka i kontynuuje lot wg zasad OLC. Ja w pogoni za dobrymi chmurami halsuję. Pewnie z tego powodu oraz wiatru w nos, prędkość na drugim punkcie wynosi 160 km/h. Ruszam w drogę powrotną. Znów rogalem po Kante, a następnie już prosto na metę w Pokweni. Tu miła niespodzianka bo po prostu wszystko nosi !!!! Pędzę po prostej 200 km/h. Przecinam linię mety zaledwie 400 m poniżej linii startu. Wniosek prosty trzeba było wcześniej zacząć lot po prostej. Drugi wniosek to taki, że cały lot powinienem zacząć o godzinę później. To dałoby szansę pobicia rekordu Polski. Tym czasem moja prędkość na mecie wynosi 162 km/h. Wynik dobry ale rekordu nie ma. No cóż coś musi zostać na następny rok. Po wylądowaniu w Kripotib odbieram smsa od Łukasza – spokojnie zdał szybowiec i nie muszę jechać. Zakończyliśmy bezpiecznie nasz pobyt na gościnnej farmie w Kiripotib. Podstawowy cel jakim było pobicie rekordu Polski na trasie trójkąta o długości 1114 km został spełniony. Zapowiadana doskonała pogoda jutro stwarza prawdopodobieństwo, że Krzysiek Łuniewski może mi ten rekord zabrać. Trudno. Takie są reguły sportu. Ja lecąc jutro na trasie Windhoek-Johanesburg-Monachium-Poznań będę trzymać kciuki za Krzysia. Będzie co pobijać za rok. Chciało by się jeszcze trochę tu polatać, ale obowiązki wzywają do kraju. A za 10 dni spotykamy się na Żarze. To nasze hobby sprawia, że życie jest ciekawsze, a my bardziej bogaci o wrażenia.

Bert Schmelzer nowy rekordzista  Belgi na trasie trójkąta 100 km

Bert Schmelzer nowy rekordzista Belgi na trasie trójkąta 100 km

Pożegnalny księżyc nad Kiripotib

Pożegnalny księżyc nad Kiripotib

Do zobaczenia w kraju

Jurek

PS.

Nasi przyjaciele Bert i jego syn Tijl Schmelzer pobili dziś rekord Belgii oraz rekord kontynentalny na trójkącie 100 km z prędkością 206 km/h. Zapowiada się szampański toast przy kolacji.

10 dzień – 5 stycznia 2015

Wczoraj po nie ukończonym locie dostałem małą szpileczkę od Wolfganga Janowitscha. Oczywiście na wesoło, ale zmobilizowało mnie to do ostrego lotu dzisiaj. Kontynuowaliśmy bowiem konkurencję na trasie wieloboku prędkościowego – dziś 700 km. Pierwszy bok w znanym już Gobabis, potem powrót na południe od lotniska, a następnie do Kante i z jej północnej flaki na południe. Następnie powrót do domu. Start jak poprzednio równoczesny. Pierwsze 50 km było na bezchmurnej. Ale czułem w sobie moc, więc dość szybko zgubiłem Wolfganga i całą resztę szybowców. Gdy oni krążyli w 2 m/sek, ja 10 km dalej znalazłem na bezchmurnej 4-5 m/sek i już miałem ich daleko za sobą. Na 30 km przed Gobabis zaczęły się chmurki. To dało przyspieszenie. Po zaliczeniu pz poleciałem na południe od Kiripotib. Zasadniczo na bezchmurnej, ale czasami powstawał na niebie mały kłaczek i pod nim było co najmniej 3 m/sek. Po zaliczeniu 2 pz pomknąłem w kierunku północnego skraju Kante. W zasięgu pojawiły się chmury, Dopadłem je na 30 km przed 3 pz. Wykręciłem ok. 4700m, zaliczyłem punkt i pojechałem po chmurach na południe. Nareszcie Kante pracowało jak zwykle. Zgodnie z przyjętym standardem wzdłuż chmur zbliżyłem się do 4 pz, zaliczyłem go i po nawrotce wykręciłem dolot w noszeniu 2-3 m/sek. Dolot ze 150 kilometra to jest tutaj bajka. Cały lot był wykonany w tempie i bez jakichkolwiek zawahań. Okazało się później, że Wolfgang zrezygnował z trasy i popłynął na wschód nad Botswanę. Owszem, ładnie, ale miałem satysfakcję, że dziś ta szpileczka należy się komuś innemu. Ja wygrałem i zostałem uhonorowany butelką doskonałego wina.

Atmosfera w Kiripotib doskonała. Polska grupa jest najliczniejsza, zgrana i wesoła. To bardzo mnie cieszy. Aż żal wyjeżdżać. A zanosi się w najbliższych daniach na doskonała pogodę.

Krzysiu raczy się poranną kąpielą

Krzysiu raczy się poranną kąpielą

Wolfgang Janowitch przygotowuje się do lotu

Wolfgang Janowitch przygotowuje się do lotu

Jurek

9 dzień – 4 stycznia 2015

Dziś podobna pogoda jak wczoraj. Bezchmurna. Stąd powtórka wyścigów z dnia poprzedniego. Trasa długości 600 km z pierwszym punktem w Bitterwasser, a potem już w kierunku Kante. Następnie ponad 100 km na południe wzdłuż Kante, nawrót i ponownie po Kante na północ i następnie powrót do domu. Miało być prosto bo na Kante miały być nawet chmury. Życie napisało inny scenariusz. Ale po kolei. Poranek miły, wiele rozmów z Bertem Schmelzerem. Jego syn Tijl bardzo miło wspomina wspólne latanie w juniorach z Piotrkiem Jaryszem. Po lunchu siadamy do maszyn i w drogę. Po otwarciu startu lotnego suniemy na południe. Bezchmurna pracuje średnio 2-3 m/sek. Pędzę w czołówce. Przede mną tylko EB 28 Schmelzerów. Po punkcie w Bitterwasser ruszamy w kierunku północno-zachodnim. Nosi nie najgorzej. Przed wleceniem w góry są nawet noszenia 4 metrowe. Trzeci punkt zwrotny zaliczam razem z Wolfgangiem Janowitchem. Cały bok na południe nad Kante lecimy razem. Mam nadzieję, że tak doświadczony „góral” znajdzie coś ciekawego. Tymczasem marnie to idzie. Kręcimy się w słabych kominach, góra mija nas grupa prowadzona przez Krzysia i Tomka. To oni są pierwsi na przedostatnim punkcie. Ja przylatuje tam nisko, jakieś 800 metrów nad teren. Jest ze mną Łukasz i Wolfgang. Całe szczęście na punkcie jest porwany dwumetrowy komin. Podkręcam do 1500 m i ruszam prawą stroną trasy. Strach ponownie wpadać w górki, które dziś nie noszą. Ostatecznie podejmuję decyzję by z moim elektrycznym silniczkiem na pchać się w góry i odwijam do domu. Na 160 km od Kiripotib łapię dobre trzy metry i wykręcam dolot. Podobnie robi Łukasz. Krzysiek z Tomkiem kontynuują lot co kosztuje ich to trochę nerwów, zwłaszcza gdy przed ostatnim punktem męczą się na 600 metrach. W Polsce to pikuś, ale tutaj wśród bezludnych gór nie jest to relaksik. My kończymy lot bezpiecznie, Krzysiek i Tomek oblatują całą trasę, ale z dużym wysiłkiem. Od jutra zapowiada się poprawa pogody, a za dwa dni mają być znów warunki na tysiąc.


Jurek

8 dzień – 3 stycznia.

Poranek zaczynamy od małego safari. Jego celem jest poznanie okolic pod kątem awaryjnego lądowania. Była okazja by się przewietrzyć. Potem nastąpiła niespodzianka – Bernd oznajmił, że dziś będziemy się ścigać na trasie wieloboku 460 km. Od razu nastąpiło w naszym obozie ożywienie. Co wyścig to wyścig. Co prawda zasady były wyjątkowo rozrywkowe i dotyczyły odejścia w jednym czasie z wysokości takiej jaką sobie każdy wypracuje. Ale nie o to w tym wszystkim chodziło. Miało być inaczej i na dodatek wyścigowo. Startujemy po lunchu. Teraz jak najszybciej trzeba się wykręcić. Na sygnał z ziemi rozpoczynamy lot. Pierwszy bok w Mariental – punkcie położonym 113 km na południe od Kiripotib. Lecimy na bezchmurnej. Przed nami Bert Schmelcer z synem na EB 28. Trudno ich dogonić. Mijamy Bitterwasser łapiąc kominy o sile 2-3 m/sek. Czasami ja jestem wyżej, czasami Krzysiek z Tomkiem. Po nawrotce łapiemy 4 m/sek. Potem lot do Bitterwasser. Lece bardziej lewą stroną pod małymi chmurkami. To daje mi przewagę nad kolegami. Po zaliczeniu punktu w Bittterwasser lecimy do Rehoboth. Na 50 km przed punktem łapiemy pięciometrowy komin. Nabieramy wysokości i pod kolejnymi chmurkami błyskawicznie dolatujemy do punktu. Nawrót, jeden komin 3 metrowy i dolot. Pierwsi taśmę przecinają Belgowie, potem Krzysiek z Tomkiem i zaraz za nimi ja. W nagrodę moczymy ciała w basenie. Dla zwycięzcy czeka butelka wina.

Pozdrowienia z safari:

Jurek

7 dzień – 2 stycznia 2015

A dziś udało się polatać na fali do wysokości 5000 metrów. Trochę za mało by zdobyć diament ale widoki były piękne. No bo tez dzisiejszy dzień był bardziej rekreacyjny. A wszystko za sprawą pogody. Od rana bezchmurna i to rozpoczynająca się późno. Tak więc starty rozpoczęły się dopiero po objedzie. Do pierwszych chmur na wschodzie dzielił nas dystans 200 km. Po przecięciu taśmy ruszyłem więc na wschód. Noszenia były nawet dobre do 3 m/sek. Kominy były jednak dość rzadko usytuowane. Po przeleceniu 120 km zawróciłem w kierunku zachodnim. Tam wyskoczyły płaskie cumulusy. Gdy w końcu do nich dojechałem zaczęły zmieniać się w soczewki. Był to jasny sygnał, że jest tu gdzieś fala. Ostatecznie znalazłem ją i podkręciłem wysokość 5000 m. Następnie ponownie lot na południowy wschód, nawrotka i w kierunku lotniska. Jeszcze mały zygzak i pomyśleć o lądowaniu. Panuje tu taka zasada, że przy silnym wietrze zachodnim ląduje się na kierunku 26. Jednak ostatnie pół godziny przed zachodem słońca takie lądowanie było by bardzo niebezpieczne z powodu złej widoczności. Stąd zakaz lądowania w czasie tych ostatnich 30 minut. Musiałem więc poczekać, ąż słoneczko zajdzie za horyzont i zaraz potem mogłem już posadzić Antaresa na pasie lotniska. I taka to była dziś bajka – 647 km. Niestety ta bajka nie miała dobrej pointy bo mam znów kłopoty z szybowcem. Tym razem baterie nie chcą się ładować. To wszystko jest sterowane komputerowo i widać komputer odmówił posłuszeństwa. Można mieć nadzieję, że do rana Wolfgang (odpowiedzialny za ten szybowiec) znajdzie rozwiązanie. A dla mnie to nie pierwszyzna. Każdy tutaj przyjazd ma swoje dobre i złe „smaczki”. Takie jest szybownictwo. Pozostaje mieć nadzieję, że te dobre zwyciężą.

Na strapienia i kłopoty najlepszy jest bar

Na strapienia i kłopoty najlepszy jest bar

Jurek

6 dzień – 1 stycznia 2015

Cały dzień był piękny, a najciekawsze było na końcu – lot w trąbie powietrznej. Wypatrzyłem ją przed 19ta z odległości 30 km. Doszedłem do niej i miałem średnie noszenie 4 m/sek, ale czasami dochodziło do 6m/sek !!! Przypominam – o godzinie 19 tej ! Ale po kolei. Poranek przyniósł inna niż wczoraj pogodę. Bernd też nie był entuzjastyczny, ale konkluzja odprawy była taka, że pogoda będzie na wschód od lotniska. Na około 150 kilometrze powinna ustawić się linia zbieżności po której będzie można śmigać. Oczywiście na odległość 1000 km. Zadeklarowaliśmy przelot warunkowy o długości 1000 km. Niestety pierwsze emocje opadły gdy nie można było po starcie utrzymać się w powietrzu. Łukasz odpalał ponownie silnik, podobnie Krzysztof. Ja trochę odczekałem w basenie ale mimo późniejszego startu również wymieliłem więcej energii z moich baterii. Ruszyliśmy w stronę Gobabis, czyli na północny wschód. Początkowo bezchmurna, ale przed punktem były już chmury. Potem lot przybrał formę prawdziwego wyścigu. Zrezygnowaliśmy jednak z lotu na trójkąt warunkowy (zbyt późna godzina) i wybraliśmy lot pod szlakiem na południe. Cóż to była za jazda !! Noszenia 4-5 m/sek. Raz kręciliśmy komin 7,2 m/sek średniego noszenia. W ten sposób przejechaliśmy ponad 200 km. Potem nawrotka i jazda na północ. Teraz chmury przybrały formę płaską, a ich podstawa sięgnęła ponad 4500 m. Znów zaliczenie nawrotki na północy i lot w kierunku lotniska. Nie po to by lądować, lecz by zwiększyć liczbę kilometrów i przelecieć tysiąc. Ja jak już wspomniałem trafiłem pod wieczór noszenie w trąbie powietrznej. Krzysiek i Łukasz pocięli jeszcze lepiej. W sumie doskonałe wyniki w OLC. Tak więc przywitaliśmy Nowy Rok kolejnymi tysiącami !!! I oby tak dalej.

Krzyzsiek za sterami Arcusa:

Jurek

 

 

5 dzień – 31 grudnia 2014 – Rekordowy lot

REKORD !!! To bardzo miłe słowo, zwłaszcza jeśli samemu jest się jego autorem. Dziś mi się udało. O tym, że pogoda będzie dobra w ostatni dzień starego roku wiedzieliśmy już od 3 dni. Dziś jednak Bernd nie był aż tak ożywiony choć przepowiedział dobra pogodę z możliwością niespodzianek. Szczególnie niebezpieczne miały być deszcz na wschodzie i to już dość wcześnie. Zadeklarowałem sobie trasę trójkąta FAI 1114,5 km. Bardzo pomocny był przy tym LX 9000 z opcją przesuwania punktów na ekranie. Start o 10:30, nad lotniskiem słaba bezchmurna.

Odchodzę o 10:45 z wysokości 600 m i czołgam się na wschód do punktu Duo Discus. Lecę razem z Łukaszem. On i Tomek z Wojtkiem zadeklarowali dziś lot warunkowy na 1000 km. Pierwsze 50 km idzie nam jak krew z nosa. Noszenia słabe i nisko. Od 60 kilometra zaczynają się chmurki. Od razu poprawia się prędkość i po 153 kilometrach mam na punkcie zwrotnym 90 km/h. Teraz jazda na południe wzdłuż granicy z Botswaną. Chmury dość szybko się rozbudowuję i następnie rozlewają – praktycznie za moimi plecami. Na ok. 100 km przed drugim punktem w Kalahari Game Longe dopadaj mnie ta tendencja do rozmywania. Całe szczęście na ostatniej rozmytej chmurze wykręcam dobrą wysokość i wpadam w inny obszar – raj szybowcowy: chmurki i błękit. Dojeżdżam do drugiego punktu z średnią prędkością ok. 120 km/h (prędkość tego boku to już 150 km/h !). Następnie przecinam Namibię od południa. Cały czas LX pokazuje dolot na godzinę 19:20. Jest więc dobrze. Po 30 km spotykam Wojtka Mackiewicza. Przez pewien czas lecimy w kontakcie wzrokowym. Doskonałe noszenia zachęcają do szybkiej jazdy. W pewnym momencie krążę nawet w 9 m/sek (!!!!). Podstawa też się podnosi. Poprawia się też oczekiwany czas dolotu na 19:05. Gonię więc Antaresa 200 km/h. Więcej się boję bo a nuż skrzydła mu odpadną ? Wszak to konstrukcja eksperymentalna z ograniczeniem prędkości. Na dodatek na wysokości powietrze jest rzadsze i prędkość nominalna jest mniejsza od rzeczywistej. Kolejny punkt – Tsauchab River camp znajduje się w samym środku masywu górskiego Kante. Niestety ostatnia chmura lokuje się 80 km przed punktem. Jeszcze przed nią wykręcam 5300 m i rzucam się w otchłań gór i błękitu. Ale mam nadzieję, że na bezchmurnej coś tam ponosi. O dziwo wpadam w zupełnie inną masę. Całkowita cisza termiczna. Szybowiec opada 0,5 – 1,0 m/sek. Sunę więc majestatycznie na prędkości 140 km/h. Kalkuluję czy uda mi się wrócić do chmur. Zaliczam punkt na wysokości 3200 m (oczywiście nad poziom morza). Powrót też w masełku. Całe szczęście z wiatrem. Tym czasem wysokość maleje i widać, że do chmur nie dojdę. Jednak na wysokości 2200 m łapię słaby meterek. Potem jest nawet półtora. Podkręcam trochę i ruszam do chmur. Czas przecież płynie i do zachodu słońca coraz bliżej. Przede mną ogromna chmura, niestety lekko rozpadająca się. Obok stoi nieco mniejsza. Wybieram tę mniejsza i z 600 m nad poziom zaczynam kręcić w 1,5 – 2,0 m/sek. Po dokręceniu 400 metrów zauważam, że ta wielka chmura jakby dostała drugiej młodości. Trudno powiedzieć komu to zawdzięczam, ale moja chmura tak ładnie się do mnie zaleca, że nie wytrzymuję. Opuszczam moje pewne półtora metra i wskakuję pod tę wielką. A tam miła niespodzianka 4-5 m/sek. Teraz już wiem że będzie rekord. Do domu około 120 km. Wykręcam dolot z zapasem i sunę do mety. Najpierw 170 potem 200km/h. Każdemu koledze życzę takich doznań jakie się ma na pewnym dolocie. Ja też się cieszę, bo lot był ciekawy i nie pozbawiony emocji. Choć powiem, że bardzo dużo daje mi to, że latam w Namibii już kilka lat. Przecinam metę z prędkością 131 km/h. Za mną pozostało 1114,5 km trasy po regularnym trójkącie.

Przyjmuję gratulację bezpośrednio i przez telefon. Przed kolacją otwieramy szampana i z całym gronem pilotów świętujemy ten rekordowy lot.

Cieszę się, że tak zakończyłem ten szybowcowy rok. W styczniu także tu osiągnąłem rekordową prędkość na trójkącie 1000 km – 146 km/h (niestety z braku certyfikowanego rejestratora nie może to być rekord), asystowałem Michałowi Lewczukowi przy jego pierwszym tysiączku, latem w Polsce z Łukaszem Wójcikiem obleciałem trasę 1000 km, teraz rekordowa odległość. Do był dobry szybowcowy rok. Wszystkim kolegom szybownikom życzę, by podobnie mogli powiedzieć za rok. A tym, którzy mnie wspierali teraz bardzo dziękuję i życzę Wszystkiego Co Najlepsze w Nowym 2015 roku.

Jurek

rekord 2

Jurek i Antares po lądowaniu z rekordowego lotu

Jurek i Antares po lądowaniu z rekordowego lotu

Kochany Antares dowiózł mnie do domu

Kochany Antares dowiózł mnie do domu

4 dzień – 30 grudnia 2014

Od rana Bernd zagania nas szybko na start. Znam te jego ruchy. Zwiastują tylko jedno – dobrą pogodę. Tak też było. Wyznaczyliśmy sobie trasę 1000 km z punktami zwrotnymi na północny wschód, potem głęboko na południe w Botswanie i na koniec znane Gobabes. Starty o 11:00. W rejonie lotniska bezchmurna ale na wschodzie widać cumulusy.

Odchodzę na trasę ok. 15 minut po Krzyśku i Tomku. Łukasz odchodzi podobnie. Z nim spotykam się dość szybko. Początek jest toś mizerny i noszenia rzadkie. Po 60 km spadam na 600 m. Trochę niepokoju. Razem z Łukaszem szukamy noszenia. W końcu jest 3 meterki. Potem mamy już doskok do chmur. Podstawa się podnosi i noszenia wzmacniają. Przed pierwszym punktem doganiam Krzysia z Tomkiem. No nawrotce pedze w głąb Botswany pod dorodnymi chmurami. Taki raj ciągnie się przez ponad 200 km. Niestety 50 km przed drugim punktem kończą się chmury. Nie ma co ryzykować , zwłaszcza, że lot warunkowy na tysiąc mam już dawno za sobą. Nawracam i ruszam w kierunku Gobabes. Po 150 km podejmuje decyzję by odwinąć w kierunku Kiripotib. W tą stronę chmurki stają się coraz rzadsze. Pod ostatnią chmura wykręcam dolot. W drodze do lotniska nachodzi mnie myśl – a może jeszcze zrobić zwrot do tyłu do chmur. Widać przez chwilę mój mózg przestał pracować. Po 20 km cofki podlatuje pod rozpadającą się chmurę. Ponownie wykręcam dolot. Tym manewrem tracę jakieś 40 km. Trudno , to zapewne z powodu upału – 38 stopni. Mam jednak nieodpartą wolę zrobienia 1000 km. Przed lotniskiem wykręcam ponad 4000 m i kieruję się na zachód. Lecę blisko górek które ograniczają nasz rejon od północy. Wiem, że wieczorkiem one noszą. Tak jest też tym razem. Co 15 km trafiam 2-3 m/sek i wykręcam do poziomu 145. Wyżej mi nie wolno w tej strefie. Po 19tej robię nawrót. Czas wracać by zdążyć przed zachodem słońca. Do domu mam 75 km. Laduje przed zachodem. Po mnie przylatuje jeszcze kilka szybowców.

W naszym obozie duża radość – Krzysiek z Tomkiem zwyciężyli w klasyfikacji OLC – 1079 km. Ja z wynikiem 1040 km plasuję się na 6 miejscu. Bardzo zaprocentowało nam wykonanie dodatkowo lotu po trójkącie. To zawsze jest wysoko punktowane w OLC. Wojtek Mackiewicz przeleciał 910 km (10 miejsce) a Łukasz – 844 km (15 miejsce). Jest więc dobrze. Jutro pogoda ma być jeszcze lepsza więc pokusimy się o loty warunkowe na 1000 (Łukasz, Tomek i Wojtek), a ja może spróbuje coś uszczknąć z tabeli rekordów Polski. Ale puki co PSYT ! Nie zapeszajmy.
JK

3 dzień – 29 grudnia 2014

Dziś już wszystko poszło znacznie sprawniej. Pogoda co prawda podobna ale nasza gotowość bojowa była bliska 100 procent. Zapowiadało się bezchmurnie, a na dodatek Bernd postraszył nas, że dziś termika siądzie około 17tej. Wyznaczyliśmy sobie trasę trójkąta 700 km z możliwością dołożenia kilometrów.

 

Krótki filmik pokazujący Kante z lotu ptaka:

Start na kierunku 08 więc trzeba było pociągnąć szybowce na przeciwny skraj lotniska. Pierwszy punkt na wschodzie. Odchodzę zaraz po wykręceniu. Niestety Krzysztof i Tomek mają jakieś problemy z silnikiem więc praktycznie lecę sam. Na bezchmurnej osiągam pierwszy punkt zwrotny. Następnie nawrót i przez lotnisko kieruję się na Kante. Nad pasmem gór pojawiają się płaskie cumulusy. Zaliczam drugi punkt zwrotny i z nadzieją ruszam wzdłuż pasma Kante na południe. Chmurki owszem są ale noszenia pod nimi nie przekraczają 2 m/sek. Na końcu pierwszego pasma wykręcam 4500 m (nad poziom morza) i rzucam się na długi, 50 kilometrowy przeskok. Nad drugim pasmem znów widać chmurki. Tam jest mój trzeci punkt zwrotny. Zaliczam go na wysokości około 4000 m i ruszam w drogę powrotna. LX pokazuje 285 km. Jest 16:15 więc czasu dość sporo by wrócić do domu. Pomny wcześniejszych doświadczeń nie obieram kursu do Kiripotib tylko lecę na północ wzdłuż pasma Kante. Tu pojedyncze chmury dają noszenia do 3 m/sek. Na 150 kilometrze do domu łapię 3-4 m/sek i wykręcam dolot. Teraz następuję godzinny, majestatyczny lot w kierunku lotniska. Osiągam cel na 500 metrach i wykręcam się na 2000 metrów nad poziom. Robię jeszcze mały docel powrót by zyskać kilometry i 20 minut przed zachodem słońca miękko ląduje na pasie naszego lotniska.

Lot był ciekawy. Nie powiem, po trzecim punkcie było trochę emocji. Pilot samotny pośród gór i pustyni czuje się trochę nieswojo. Jest to co prawda chleb powszedni w Namibii ale każdemu wolno mieć chwile zadumy połączonej z lekiem. Wszak jest się zaledwie małym ziarenkiem w przestworzach pokrywających ten odludny kraj. Wynik dzisiejszego dnia dobry. To nastraja bojowo na kolejne dni. A prognozy są optymistyczne więc jeszcze powalczymy.
JK

2 dzień – 28 grudnia 2014

 

 

Dzień zaczął się bardzo aktywnie. Pobudka o 5:30. O szóstej wyjazd do Bitterwasser. Trzeba odebrać szybowiec Łukasza. Pędzimy po wertepach namibijskiej sawanny. Co chwilę przed maską samochodu skaczą zwinne antylopy Udu. PO godzinie jesteśmy na miejscu. Tutaj pełen spokój. Zjadamy więc smaczne śniadanie, zaliczamy odprawę z pilotami i dopiero potem rozpoczynamy procedurę odebrania szybowca. Idzie sprawnie i po godzinie Łukasz zasiada za sterami Ventusa. Start na wyschniętym jeziorze nie stanowi problemu. Ja wracam do Kiripotib a Łukasz sunie po błękitnym niebie w tym samym kierunku. Po lunchu odbieram mojego Antaresa i wzbijam się w powietrze. Na wschodzie pojawiają się cumulusy, tymczasem pierwszy komin daje mi ostrego kopa – 7 m/sek. To jest coś ! Po 60 km dopadam pierwszych cumulusów. Zaliczam punkt w Gobabes, potem lot na zachód do Kiripotib, ponownie wschód, jeszcze raz lot na zachód i po 19tej melduje się na lotnisku. W sumie 502 km. Warunki były dobre, noszenia do 4 -5 m/sek. Lot bez większych ambicji ale takiego trzeba mmi było na początek. Jutro będzie już lepiej. Co do szybowca to lata pięknie. Chyba się polubimy. Łukasz też zadowolony. Krzysiu Łuniewski i Tomek Chudoment przelecieli dziś ponad 800 km. Tak więc zanosi się na dobre latanie. Zwłaszcza, że prognozy sugerują poprawę pogody. Z taka myślą kończymy dzień. Pozdrawiamy wszystkich w Polsce, którzy marzną o lataniu. To już niedługo.

Filmik powyżej – wieczorny relaks po lotach w Kiripotib

 

Jurek