Mistrzostwa Świata Juniorów 2011

Powrót „do domu”

W związku z dość optymistycznymi prognozami na dzień dzisiejszy wpadliśmy wraz z Pawłem Romanem na pomysł wykonania części drogi powrotnej do Polski górą. Trasę lotu musieliśmy ułożyć tak, aby najpierw ominąć strefy Stuttgartu, a następnie Norymbergi i dalej…, to znaczy, gdybyśmy zalecieli aż tak daleko, wówczas polecielibyśmy na północny wschód, wzdłuż gór na granicy niemiecko-czeskiej. Do granicy niemiecko-polskiej musielibyśmy pokonać około 600km, dlatego też szczytem naszych oczekiwań było lądowanie w Bayreuth, po przeleceniu nieco ponad 300km.

Niedługo po ceremonii zakończenia ustawiliśmy Brawo i LS’a na pasie, spojrzeliśmy w niebo i postanowiliśmy wystartować jak najszybciej, „zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. Pomocnicy mieli wyruszyć około 2 godzin po nas. W momencie startów nad lotniskiem sporo było już cumulusów, ale ich podstawy wydawały się być dość nisko, a nad nimi gdzieniegdzie znajdowało się zachmurzenie górne. I rzeczywiście wysokość podstaw była wysoce niezadowalająca (1400m), ale można było się utrzymać w powietrzu. Paweł startował pierwszy i miał nieco więcej szczęścia po wyczepieniu niż ja. Kiedy lotnisko w Musbach chowało się szczęśliwie za moimi plecami, między nami było ok. 20 kilometrów różnicy. Niskie podstawy powodowały konieczność częstego krążenia i wolnych przeskoków, dodatkowo obszar bezchmurny na południe od stref TMA Stuttgartu (prawo najlepszej pogody w strefach niedostępnych dzisiaj również było zachowane) komplikował nieco plany, ale jakoś dało się mozolnie lecieć do przodu.

Dolatując do skraju płaskowyża Schwabische Alb miałem nadzieję na znacznie silniejsze noszenia i wyższe podstawy (tak wynikało z prognoz), ale o ile w przypadku pierwszego rzeczywiście było lepiej, o tyle po osiągnięciu podstawy 1400m nad terenem o elewacji zawierającej się w granicach 700-900m nie miałem miny specjalnie zadowolonej.

Po jakimś czasie spotkałem Pawła, który wykonał już międzylądowanie na jednym z niemieckich lotnisk i od tej pory współpracując udawało nam się powoli lecieć dalej. Wraz z mijającym czasem i naszym przemieszczaniem się na północny wschód wysokość podstaw rosła (1500-1600m), ale ilość chmur się zmniejszała. Po wleceniu nad nieco niżej położone rejony na połudine i zachód od Heilbronn mieliśmy nieco więcej wysokości do zagospodarowania, ale noszenia spotykaliśmy rzadziej i były one słabsze. Po przeleceniu około 160-180km (licząc od Musbach) słaby komin nie zabrał już Pawła, który znajdował się ok 200m niżej ode mnie i od tej pory leciałem już sam. Nie trwało to długo, bo po kolejnych 50-60km lotu pod niewyraźnymi kłaczkami i termice bezchmurnej wylądowałem na równiutkim asfaltowym pasie lotniska w Neumarkt, na południowy wschód od Norymbergi. Mimo trudnych warunków i przelecianej niewielkiej odległości (w porównaniu do całej drogi do domu) był to jeden z najprzyjemniejszych lotów z całego wyjazdu.

Konkurencja szósta

Dzisiejszy dzień rozpoczął się czystym niebem, ale na zdjęciach satelitarnych widać było zbliżającą się w nasz rejon dość dużą, ale rozpadającą się burzę. Jej pozostałości z drobnym deszczykiem dotarły nad nas około południa uniemożliwiając szybkie starty. W pewnym momencie, w trakcie czekania na poprawę warunków, organizatorzy zarządzili zepchnięcie klasy klub z pasa za klasę standard i ustawienie jej z powrotem na naszych miejscach po wyholowaniu całej klasy. Zamiana kolejności nie była możliwa ze względu na długość pasa i większy ciężar szybowców klasy standard. Trochę zamieszania, ale jakoś to poszło. Starty rozpoczęły się o godzinie 14:15, znowu nie dając zbyt dużej możliwości manewru czasem odejścia.

A trasa… chyba nie trzeba zbyt wiele pisać. Po wczorajszym urozmaiceniu, organizatorzy wrócili do poprzedniego schematu – obszarówka o czasie dwóch godzin, z pierwszym obszarem… albo opiszę tylko to, co się zmieniło – pierwszy obszar nieco bardziej na południowy zachód, a drugi nieco bardziej na północ niż zwykle. Powrót przez checkpoint znajdujący się na 6 kilometrze od lotniska.

W trakcie wyczekiwania na otwarcie startu lotnego udało mi się znaleźć coś w rodzaju fali, tuż przed niewielkim cumulusem po stronie nawietrznej. Na 2600m (1900m nad poziom lotniska – takiej wysokości tutaj jeszcze nie widziałem na przyrządach) odpuściłem jeszcze dość dobre noszenie ze względu na właśnie otwarty start lotny (ograniczenie wysokości na starcie wynosiło 2000m). Po chwili wytracania wysokości i upewnieniu się o braku ograniczenia prędkości na linii odejścia odszedłem kilkanaście minut po otwarciu „taśmy” z prędkością 250km/h i wysokością nieco poniżej dopuszczalnej. Lot do pierwszej strefy odbywał się pod układającymi się w szlak cumulusami, w zasadzie jedynymi w naszym rejonie lotów. Widząc bezchmurne niebo w drugiej strefie postanowiłem polecieć daleko wgłąb pierwszej, wyskakując spod ostatniej chmury i podlatując pod tworzące się drobne kłaczki. Tam nie znalazłem nic, co zachęcałoby do zatrzymania się na dłużej, dlatego też wróciłem pod rozpadające się już powoli chmury, pod którymi leciałem w drugą stronę. Noszenia tam już były znacznie słabsze i nie byłem w stanie zdobyć w nich tak dużej wysokości jak w trakcie lotu do pierwszej strefy. W efekcie do drugiej strefy wleciałem dość nisko, pod bezchmurnym niebem. I po raz kolejny powrót do lotniska z czołowo-bocznym wiatrem okazał się długotrwały i trudny. Na szczęście udało się w kilku słabych kominach zdobyć odpowiednią wysokość do wykonania niezbyt szybkiego dolotu.

Konkurencja piąta

Po wczorajszym huraoptymiźmie, dzisiaj na odprawie zobaczyłem zadanie dnia w postaci konkurencji prędkościowej o długości 237km, mimo prognozowanej znacznie lepszej pogodzie. Co ciekawe, dzisiejsza trasa zawierała pewną różnicę. Wprawdzie ze względu na lepsze warunki nad Schwarzwaldem i Schwabische Alb znowu pierwszy bok odbywał się na południe, ale był krótki, następnie dość długi przeskok na wschód i ponowny powrót w południową część Czarnolasu, do świetnie znanego już nam punktu Kirnbergsee.

Wczesne starty i pozycja na początku gridu pozwoliła mi na dobrą obserwację rozwoju warunków na trasie i doboru momentu odejścia. Pogoda sprawiała wrażenie mieć ambicję na najlepszą z całych zawodów, wysokość podstaw wynosiła miejscami do 2000m a noszenia były silne i nie tak poszarpane i trudne do wycentrowania jak dotychczas. Ze względu na wyższe podstawy i wyraźnie tworzącej się linii z minuty na minutę lepiej wyglądających chmurek w stronę pierwszego punktu nad wyżej położonym terenem schwarzwaldu do odejścia wybrałem wschodnią część linii. Zaraz po jej przekroczeniu, zobaczyłem na połudinowy wschód bardzo dużo szybowców latających nad cumulusami, które właśnie zbierały się do lotu w kierunku punktu odlotowego. Spowodowały one spory myślotok w mojej głowie, kilka minut wahania. Czy lecieć tam i spróbować też wykorzystać tą falę, żeby odejść z maksymalnej możliwej wysokości (nie było tego dnia ograniczenia wysokości startu lotnego)? Ile stracę na to czasu? Co będzie jeśli nie uda mi się na nią dostać? Po chwili nerwowych ruchów palcami w butach, przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, wzięciu pod uwagę dającej się zaobserwować tendencji do stopniowego zanikania chmur we wschodnim rejonie trasy i niewypiętrzaniu się tak wysoko nowo powstałych cumulusów zdecydowałem się zaryzykować stratę kilkuset metrów na odejściu. Do pierwszego punktu miałem połączenie bardzo ładnie wyglądających chmurek dających dobre noszenia, które pozwalały na długo zapominać o krażeniu. Po jego zaliczeniu trafiłem na kolejny silny komin pod jedną z ostatnich, zanikających już chmur przed dość dużym obszarem bezchmurnym rozciągającym się aż pod płaskowyż. Dzięki dużej wysokości mogłem się tym obszarem nie przejmować, doleciałem bowiem pod pierwsze cumulusy ze sporym zapasem wysokości. Od tego momentu lot przebiegał zadziwiająco szybko, napotykałem silne noszenia i szybko leciałem do przodu. Po zaliczeniu punktu zdecydowałem się wrócić przez ten sam rejon, widząc wyraźnie zanikające chmury na południowy zachód, wzdłuż linii prostej do punktu trzeciego. Odbiłem dość znacznie od niej na północ, ale opłaciło się to. Pod ostatnią na skraju płaskowyżu chmurą zdobyłem największą dotychczas wysokość 2200m i po chwili zastanowienia się nad wyborem jednej z dwóch opcji: lotu nieco bardziej na południe, wzdłuż zbocza będącego krawędzią Schwabische Alb, lub długiego przeskoku prosto w stronę trzeciego punktu z nadzieją dolotu do bardzo ładnie wyglądających chmur w jego rejonie, zdecydowałem się na wariant drugi. Po drodze okazało się, że nie było aż tak źle jak to mogło wyglądać, gdzieniegdzie tworzyły sie drobne zamglenia podtrzymujące na przeskoku i po chwili asekuracyjnie zakrążyłem na niecałych 10 kilometrach do pukntu. Po jego zaliczeniu poleciałem nieco na zachód od linii prostej do lotniska i pod ładnymi chmurami, nieco wybrzydzając słabszymi niż sie spodziewałem noszeniami uzyskałem wysokość pozwalającą na wykonanie szybkiego dolotu do lotniska. Po wylądowaniu byłem już pewien, że to była najlepsza pogoda ze wszystkich dotychczasowych dni zawodów.

Konkurencja czwarta

Po dniu przerwy dobra pogoda ponownie zagościła nad nami. Wobec optymistycznych prognoz na prawie cały dzień, z ryzykiem napłynięcia suchej, ciepłej masy od południa i wygaszenia noszeń późnym popołudniem wyłożona została konkurencja prędkościowa o długości 278km, według schematu obowiązującego już w zasadzie od początku zawodów: 1. Na południe, 2. Na północny-wschód, 3. Powrót do lotniska, (ewentualnie przez jakiś dodatkowy punkt usytuowany na południu).

Mimo, że starty rozpoczęły się dość szybko jak na te zawody (12:30), oderwałem się od ziemi o godzinie 13:58. Początkowo warunki w rejonie lotniska nie były najlepsze, trudno było dostać się do oddalonego od lotniska ok. 10km na północ punktu odlotowego. Otwarcie startu lotnego o godzinie 14:45 jak na tak długą trasę stawiało kilka znaków zapytania. Nie pomogły też kłopoty z uzyskaniem odpowiedniej wysokości do odejścia. Linię startu przeciąłem dopiero o 15:20. Wtedy to już w stronę pierwszego punktu na niebie nie było zbyt wiele chmur. Przez pierwsze 50 kilometrów leciałem cały czas dość nisko z ciągłym ryzykiem zatrzymania się w polu. Powoli, cierpliwie krążąc w noszeniach o wartości „cokolwiek” mijałem bardzo dużo szybowców opartych już skrzydłem o ziemię. Dopiero na około 20 kilometrze do pierwszego punktu wleciałem na niecałych 300m AGL pod dobrze wyglądające chmury (któryś dzień z kolei, w tym samym rejonie wyraźnie skłębione chmury przy termice bezchmurnej dookoła – konwergencja?) i od tej pory lot stał się znacznie bardziej spokojny, można było wreszcie zacząć planować, wybierać którędy powinno być lepiej. Po zawrocie na północny wschód i wleceniu pod ładnie wyglądające chmury nad Schwabische Alb nieco się zawiodłem, spodziewałem się znacznie lepszych noszeń, ale grunt, że dało się lecieć do przodu. Do drugiego punktu zwrotnego doleciałem późno, po godzinie 18, nieco nadkładając drogi na prawo od „kreski” pod noszącym jeszcze ostatnimi tchnieniami szlakiem. Po odwróceniu się w stronę zachodnią, spojrzeniu na niebo i odległość do przelecenia na lotnisko (około 90km) nie miałem już złudzeń. Po drodze napotkałem komin – niespodziankę, najprawdopodobniej wydmuchany przez wiatr z doliny, który podnosił wskazówkę mojego wariometru momentami nawet ponad wartość 2m/s. Po zdobyciu dzięki niemu wysokości prawie 1600m udałem się na powolny przeskok do przodu po kłaczkami i porozrywanymi pozostałościami po zanikających właśnie cumulusach. Po wykorzystaniu prawdopodobnie ostatniego komina tego dnia w tym rejonie wylądowałem w ładnym ściernisku, o godzinie 18:36.

Druga konkurencja

Dzisiejsze zadanie dnia było w podobnym stylu co poprzednie, z tą różnicą, że jest krótsze oraz, że jest to obszarówka (czas – dwie godziny). Pierwszy obszar na południe, oparty na tym samym punkcie co poprzednio, środkiem drugiego obszaru był zamek Hohenzollernów. Powrót, również jak poprzednio, przez Winzeln-Schramberg.

Prognozy były optymistyczne, termika cumulusowa, z tendencją do bezchmurnej po południu, z silnym, ok 35km/h wiatrem.

Ze względu na prognozowaną termikę bezchmurną miałem w planach odejście możliwie jak najwcześniej. Start lotny został otworzony o godzinie 14:45, jednak warunki w tym momencie nie pozwalały mi zdobyć odpowiedniej wysokości. Ostatecznie na trasę poleciałem o 15:23. Pierwsze napotykane chmurki nieco oszukiwały i albo nie dawały noszeń, albo znaleziony komin bardzo trudno było wycentrować. Czasami po dwóch – trzech kółkach noszenie spadało, a sam kłaczek rozpadał się tak szybko jak się utworzył. Lot do pierwszej strefy utrudniał także silny boczny, południowo-zachodni wiatr. Z tego powodu, pierwszą strefę zaliczyłem bardzo płytko, szybko odwróciłem się na północny wschód, aby wiatr wreszcie zaczął mi pomagać. Po drodze udało mi się zdobyć nieco ponad 1700m, co pozwoliło na dolot do zboczy na granicy płaskowyżu Schwabische Alb, gdzie chmury były znacznie gęstsze, a noszenia stabilne. Po wleceniu do drugiej strefy na odpowiednią (tak mi się wydawało) głębokość odwróciłem się w stronę lotniska w Winzeln. Wtedy to zaczął się mozolny powrót pod silny wiatr, z niewielką ilością kłaczków po drodze. Po drodze starałem się wykorzystywać rzeźbę terenu, pomogło mi też kilka wskaźników w postaci szybowców klasy klub. Do strefy doleciałem jednak bardzo nisko, od północnego zachodu, zamiast wg kreski od strony zachodniej. Po jej zaliczeniu i odwróceniu się w stronę lotniska ( po drodze msuiałem jeszcze zaliczyć punkt stabilizujący kierunek dolotu…) musiałem cierpliwie wykorzystywać każde, nawet słabe noszenie, aby uniknąć lądowania w polu. W każdym krążeniu wiatr znosił mnie na zachód i w stronę lotniska tak, że w pewnym momencie do punktu dolotowego miałem dalej niż do pasa. Pode mną co chwilę jakiś szybowiec lądował, widok trzech szybowców w polu oraz jeden na prostej nie nastawiał pozytywnie. W tym momencie postanowiłem chwytać się czegokolwiek, byle było powyżej zera, aby zyskać wysokość, nie przejmując się dryfowaniem z wiatrem. Celem było ukończenie trasy, chociażby miało się to odbyć za godzinę. W pewnym momencie, lecąc nisko już nad polami podleciałem nad zakończenie wznoszącej się, usytuowanej wzdłuż wiatru dolinki. Miałem szczęście. Wiatr wydmuchał stamtąd w miarę silny kominek, który dość nerwowo i turbulentnie wzniósł mnie na wysokość pozwalającą na dolot do lotniska. Niestety jednak, lot pod wiatr z drugiej strefy kosztował mnie tyle czasu, że przyleciałem 51 minut po wymaganych 2 godzinach.

Pierwsza konkurencja

Po kilku dniach niepogody, frontów i deszczu przyszedł dzień słoneczny. Na niebie było trochę „śmieci”, ale do południa znacznie więcej było cumulusów. Dzień zacząłem od dość negatywnego wydarzenia – podczas ważenia na gridzie mój szybowiec okazał się być o 8kg za ciężki. Było to nieco dziwne, ponieważ upuściłem ze zbiorników znacznie więcej wody, niż wynikałoby to z wyliczeń po inspekcji technicznej. Na szczęście regulaminy dopuszczają jeszcze margines 5kg, co spowodowało nieznaczną ilość punktów karnych.

Dzisiejsza konkurencja to wielobok o długości 321km z pierwszym punktem Kirnbergsee, 53km na południe wzdłuż Schwarzwaldu, drugim 132km na północny wschód, na obrzeżach miasta Ulm (bok wzdłuż gór/płaskowyża Schwabische Alb), z powrotem przez punkt zwrotny nad lotniskiem Winzeln-Schramberg.

Po dość późnym jak na tak długą trasę starcie warunki były dość stabilne, noszenia około 1,5-2m/s, a podstawy w granicach 1600m (900m nad poziom lotniska). Prognozy ostrzegały o możliwości napływu ciepłej, stabilnej masy od południowego zachodu z możliwością zanikania cumulusów. Przed otwarciem startu lotnego poleciałem kilkanaście kilometrów w stronę pierwszego punktu i zauważyłem, że w kirunku południowym chmury występują znacznie żadziej, toteż nie czekałem zbyt długo z odejściem na trasę. Po przeleceniu 20-30km warunki wyraźnie zaczęły słabnąć, niebo się praktycznie wyczyściło a noszenia trafiały się znacznie rzadziej. Po kilku manewrach – odejściach od kreski, udało mi się dolecieć do punktu dość szybko, ale też nisko, około 450m nad terenem. Lecąc po jego zaliczeniu z wiatrem udało mi się podlecieć pod już powoli zanikające chmurki i uzbierać wysokość pozwalającą na kontynuowanie lotu. Po wleceniu nad płaskowyż Schwabische Alb lot przebiegał całkiem dobrze, chmury w tym rejonie jeszcze się tworzyły, ale były już pomiędzy nimi spore odległości. Po zaliczeniu punktu Ulm wykręciłem maksymalną możliwą wysokość pod ostatnią z chmur (obszar suchego, ciepłego powietrza nasunął się już także w ten rejon) i w tym momencie rozpocząłem powolną podróż na słabej termice bezchmurnej z zasięgiem noszeń często nieprzekraczającym 1400m, przy elewacji terenu na poziomie 800-900m. Podjąłem decyzję o doleceniu możliwie krótką drogą nad uskok – krawędź płaskowyżu, podejrzewając w tym rejonie wzmożone przez wiatr odrywanie się kominów termicznych. Niestety jednak dotarłem tam na zbyt niskiej wysokości, która pozwoliła mi tylko na spłynięcie nad niżej położone tereny, gdzie nie udało mi się już napotkać żadnych noszeń. Miałem niecałe 200m AGL, obrane pole, kiedy wahałem się nad spłynięciem o „schodek” niżej, nad tereny jeszcze około 100m niżej. Patrząc z dość dużej odległości nie byłem pewien co do jakości pól w tamtym rejonie, powietrze w tym rejonie zdawało się przestawiać na tryb wieczorny, dlatego też stwierdziłem, że przelecenie może 10km więcej nie jest warte takiego ryzyka.

Konkurencja nierozegrana

Dzisiejszy lot był bardzo krótki i męczący. Wydawało się, że uda się przelecieć całkiem ładną trasę przed nachodzącym frontem, przy nieco silnym południowo-zachodnim wietrze. Klasa Standard dostała dwugodzinną obszarówkę z pierwszym obszarem w kierunku (nie trzeba zgadywać) południowym, następnie drugim (również nie trzeba zgadywać) na północny wschód. Po starcie, w rejonie lotniska początkowo noszenia były silne, a wysokość podstaw wynosiła około 1100m nad poziom lotniska. Na wschódzie było widać już podchodzące chmury frontowe, toteż planowałem odejść możliwie jak najwcześniej. Niestety w momencie otwarcia startu lotnego nie byłem zbyt wysoko, dodatkowo akurat chwilowo warunki się pogorszyły i nie byłem w stanie uzyskać wysokości pozwalającej na bezpieczny przeskok do następnych chmur na trasie. W efekcie odszedłem na trasę prawie pół godziny po otwarciu „taśmy”. Przez pierwsze 20km lot był w miarę spokojny, jednak napotykane noszenia były co raz bardziej poszarpane, niestabilne i trudne do wykorzystania. Wzmagający się wiatr (około 50-55km/h) znacznie utrudniał lot do przodu, a nasuwające się górne zachmurzenie, które zasłoniło dostęp słońca do ziemi spowodowało, że większość napotkanych noszeń miała charakter dynamiczny, bardzo szybko zmieniający się i turbulentny. Dwa razy próbowałem „nakłuć” pierwszą strefę i uciekać z wiatrem, ale nie udało mi się to. Najbliżej znalazłem się od jej krawędzi ok 3km, ale wysokość 400m nad teren pozwoliły mi jedynie na trochę walki i podejście do pola.

Konkurencja 3.

Był to dobry dzień, może nie taki wymarzony, nie na bardzo dalekie latanie, ale także bez większych niespodzianek. Zadaniem dnia była półtoragodzinna obszarówka prawie taka sama jak wszystkie poprzednie… ale najprawdopodobniej prognozy oraz charakterystyka tcyh terenów nie pozwalają na zbyt dużo urozmaiceń. Tak krótki czas konkurencji wynikał z planowanych późnych startów po oczekiwaniu na lotną pogodę po przejściu frontu, który jeszcze rano zrzucał na nasze głowy krople wody.

Po otwarciu startu lotnego po godzinie 16 nie pozostało zbyt wiele czasu na wyczekiwanie. Po szybkim zdobyciu wysokości odszedłem jak najszybciej na trasę. O samym locie jest niewiele do pisania, trwał on na tyle krótko, bezstresowo i polegał w zasadzie na trzykrotnym wykorzystaniu tego samego rejonu naljepszych warunków i jednoczesnym nie odchodzeniem zanadto od linii łączących środki okręgów-obszarów. Wylądowałem na lotnisku około 10 minut po czasie. Warto było czekać tyle czasu!