Grand Prix Poland 2010

Druga konkurencja

Ostatni dzień rozgrywania konkurencji przyniósł nad Żar promienie słońca. Po trzech dniach nielotnych miło było wyjść przed hangar szybowcowy. Na odprawie dyrektor szkoły przeprosił wszystkich, że tak późno zorganizował wieczornego grilla i wziął na siebie winę za dotychczasową niepogodę. Do tego wręczył Staszkowi Wujczakowi prezent z okazji jego imienin, w postaci zacnego trunku, wiec i w ten wieczór, szamańskie zaklęcia przy stole będą praktykowane. Słońce dzisiaj mocno zaczęło nagrzewać mokre górskie polany, od rana na niebie można było obserwować intensywnie budujące się Cu. Towarzyszyć im również zaczęło zachmurzenie wysokie nasuwające się z południa. Te czynniki sprawiły, że kierownik zdecydował się na wariant trasy długości 203 kilometrów i obejmujące wyłącznie polskie góry. Przed startami w kierunku pierwszego punktu – Baraniej Góry znacznie pociemniało z powodu rozlewających się Cu. Wiadomo, że jest zagrożenie wystąpienia burz w ciągu dnia, niektórzy żartują, że dzisiaj nie ma co wyczekiwać z odejściem. Formuła Grand Prix sprawią jednak, że takich dylematów nie ma i wszelkie dywagacje na temat odejścia pozostają w strefie żartów. Wszystkie szybowce sprawnie znalazły się w powietrzu. Z wysokością na odejście też nie było problemu, gdyż nad Jaworzyną znajdował się stały komin. Jedynie jeden z zawodników skorzystał z wysokiego holu bezpośrednio na linie startu. Rzadko się widuje holówkę z szybowcem na 1400 metrach. Po odejściu w stronę Baraniej Góry ułożyły się dwa cumulusy w dolinie żywieckiej i wszyscy po nabraniu wysokości skierowali się w ich stronę. Tam należało się podkręcić, aby wejść w góry ponad szczyty. Zrobiłem dwa kółka i nic godnego uwagi nie znalazłem, więc rzuciłem się w góry wychodząc z założenia, że góry pracują nawet jak żadnych oznak ich pracy nie ma;) Wleciałem na 700 metrach na żłobione zbocza za Skrzycznym. Objeździłem je trochę, aż musiałem z jednych zboczy przejść nad drugie na słońce gdzie coś się zaczęło budzić. Musiałem tam się zatrzymać, aby przeskoczyć grzbiety i zaliczyć punkt. Lepiej wyszli Ci co zostali w noszeniu nad doliną i po chwili wyżej przelecieli nade mną. Pozostawało tylko ich gonić z czym Brawo całkiem dobrze sobie radziło. Nad Babia Górą 3 metrowy komin wyniósł mnie na 1800 metrów i stamtąd lot w stronę Turbacza pod obniżające już się podstawy. Na 20 kilometrów przed punktem, niebo było ?zakitowane? mimo to poleciałem jeszcze pod niemrawe ciemne kłaczki z nadzieją na jakieś podtrzymanie. Nic nie znalazłem, dalszy lot mógł odbyć się do lotniska w Nowym Targu, lub powrót pod cumulusy z których się przyleciało. Zdecydowałem się na powrót pod cumulusy. Jak się odwróciłem to te cumulusy wydały się zdecydowanie dalej niż przypuszczałem. Wiedziałem, że do nich dolecę, ale nie byłem pewny czy zapracują z wysokości drzew. Na 600 metrach względem wysokościomierza AGL wskazywał tylko 300 metrów a z tej wysokości już nie wleciałem nad zalesione małe zbocze a chmura w dolinie dała martwy obszar. Zrobiłem zakręt i wylądowałem na ładnej łące z widokiem na Tatry. Niedługo po lądowaniu zmoczył mnie deszcz z burzy, która na całe szczęście przeszła trochę bokiem. Konkurencje obleciał Sebastian Kawa, który zatrzymał się pod Cu przed Turbaczem i poczekał, aż coś się zrobi w stronę punktu a potem pomiędzy burzami wrócił do lotniska.

Zawody się nie rozegrały, aura nam nie dopisywała. Medale zostały w Górskiej Szkole Szybowcowej.

Leszek

Konkurencja 1. – 03.05.

Mamy bardzo niekorzystny układ pogody. Niż stanął i się nie rusza. Dzisiaj o tyle dobrze, że podstawa chmur sięga ponad wierzchołki Magurki. Mimo to nie wierzyłem, że uda się coś dzisiaj oblecieć. Zapomniałem jednak, że w górach jest więcej wariantów do rozważenia. Kierownik wraz z Meteorologiem oprócz żagla przewidują możliwość wystąpienia fali. Ostatecznie padło na wariant C ? najkrótszy, ale który dawał szanse podpierania się żaglem. Jak pojawiłem się na płycie lotniska od razu usadzili mnie w kabinie Puchacza i szybko wystrzelili w powietrze. Instruktor Artur musiał przeprowadzić kontrole techniki pilotażu czyli KTP, które akurat wyszło mi w dniu rozpoczęcia zawodów. Na moje szczęście Kierownik przesunął pierwsze starty i zdążyłem ze wszystkimi przygotowaniami przed lotem. O 12 30 zaczęły się starty, zgodnie z przypuszczeniami jest żagiel, który pozwala latać nad Magurka do wysokości 700 metrów nad lotnisko i tam walczyło większość zawodników. P o niedługim czasie pierwsi śmiałkowie, którzy z żagla oddalili się albo w stronę Bielska albo Miedzybrodzia Bialskiego nawiązali kontakt z falą, która ich wyniosła na 2000 metrów. Skuszony takimi informacjami przez radio, rzuciłem się z Magórki na Międzybrodzie, aby złapać rotor i wejść na falę. W powietrzu zaczęło nieźle rzucać i wariometr zaczął opierać się w dół na wartościach rzędu 4 metrów. Rotor gdzieś był i nawet przez moment go pomacałem, ale po założeniu znowu 4 metry w dół. Dwa kółka i musiałem uciekać bo zasięg do lotniska momentalnie stopniał i nawet przez chwile myślałem, że jak nie puści to 4 do dołu to się skąpie w jeziorze. Udało się wylądować a za chwile byłem ponownie w powietrzu i znowu na Magórce, Już nie próbowałem zdobyć fali a trzymać się wysoko na żaglu i czekać przed linią startu. Kierownik sportowy wyznaczył maksymalną wysokość startu na 1300 metrów QNH a taka wysokość była do osiągnięcia na Magórce. Tuż przed otwarciem startu zaczęło padać. Było nisko i deszczowo w stronę punktu tak samo. Dlatego po przecięciu większość wykonała nawrotkę i czekała aż przestanie padać. Ja spadłem do tego nisko i trzymałem jakieś zerko na jaworzynie. Kiepsko to wszystko wyglądało. Cześć nisko po pierwszym punkcie wróciła na lotnisko. Jedyne wyjście to czekać tylko z czasem już nie wiedziałem na co, chyba tylko na wyczerpanie resursu. Jedynym, który obleciał trasę był Sebastian.

Dzisiaj pierwszy raz leciałem na Brawo. Byłem pod wrażeniem jak poprawny w krążeniu jest ten szybowiec w porównaniu do Jantara std 2 i 3. Chociaż to mi poprawia humor, bo na pewno nie prognoza na najbliższe dni.

Leszek

Dzień 1

Z Preividzy zawitałem bezpośrednio na Żar, gdzie ma odbyć się Szybowcowe Grand Prix. Po jednej nocy spędzonej w gościnnym hotelu szkoły wyjechałem w kierunku Leszna, aby odebrać upragnione Brawo. Dopiąłem wszelkich formalności przekazania kadrowego szybowca i wyruszyłem w drogę powrotną na Żar. O godzinie 2 w nocy mogłem w końcu położyć się spać.

W związku z podróżą ominęła mnie rejestracja i odprawa wieczorna zawodników. Większość rzeczy musiałem pozałatwiać w pierwszym dniu zawodów. Deficyt czasu był ogromny, dobrze, że pogoda była mało zachęcająca do latania. Udało mi się zarejestrować, zmontować Brawo i uzupełnić brakujące wyposażenie. Nieocenioną pomocą służył Piotrek Jarysz, który z lutownica w ręku czuję się tak dobrze jak w powietrzu. Kiedy zamontowaliśmy L-nava do Brawo, kierownik sportowy odwołał dzisiejsza konkurencje. Czas na zbieranie sił…

Leszek