Wyprawa po afrykańskie runo do Namibii 2011

11.stycznia 2012

Przyszedł czas pożegnań. Jeszcze rano otrzymuje podarek w postaci gobelinu z napisem „Kiripotib flying”, wybieram sobie statuetkę na której będzie przybita metalowa tabliczka z moim nazwiskiem i datą wykonania przelotu tysiąc i po lunchu ruszam na lotnisko do Windhoek. Tu wita mnie deszcz. Jeszcze gorzej jest w Johanesburgu. Podziwiam wyczyny pilota, który ląduje przy blasku piorunów i nawałnicy deszczu. Robi to w stylu Tadzia Wrony. Konsekwencją tego jest czekanie prawie godzinę na odpłynięcie ładunków elektrycznych z samolotu. Wcześniej nie można przystawić rękawa. Ciekawe… Rano jestem już w Monachium, a o 12.30 wciągam w płuca poznańskie powietrze.

Wyprawa do Namibii bardzo się udała. W powietrzu spędziłem 91 godzin, przeleciałem 10.273 kilometry. Okraszone to zostało przelotem FAI 1000 km i rekordem Polski na trójkącie 400 km. Taki jest bilans dwóch tygodni. Z wyboru miejsca jestem bardzo zadowolony. Pod każdym względem. Chętnie przyjadę tu za rok. Mam nadzieję w towarzystwie innych kolegów z Polski.

Pozdrawiam

Jurek

9 stycznia 2012

No i nastał ten ostatni dzień pobytu w Kiripotib. Pogoda zapowiada się zróżnicowana. Początkowo ma być dużo cumulusów, które niestety dość szybko mogą przechodzić w cumulonimbusy. Rano dopieszczam mojego Antaresa. Wyznaczam trasę 1010 km i czekam. Wiadomo, że termika ruszy przy temperaturze 33 stopni. Póki co jest 31 więc chłodzę ciało w basenie. Przy pierwszych ruchach powietrza startuje. Pierwszy pz mam 75 km na wschód od lotniska. Gdy do niego dolatuję za mną są już deszcze, a przede , mną dorodna cumulusy o podstawie 4000 m. Decyduję polecieć 200 km na wschód, do Botswany. Ot tak na pożegnanie. Termika jest bardzo aktywna i noszenia dochodzą do 4-5 m/sek. Piękne chmury na wschodzie ciągną w głąb Botswany, ale jak postanowiłem tak robię – na 200 km od Kiripotib zawracam. Robi się ciekawie bo przede mną ściana deszczu. Przez chwilę zastanawiam się czy omijać ja z prawej czy z lewej. Ostatecznie wybieram lewą opcję, czyli południową. Lot jest bezpieczny, w przedziale 2000-2500 metrów nad poziom. Kominy są dynamiczne więc jest ta dodatkowa przyjemność z prędkości na przeskoku 200 km/h i wyciąganiu w samo centrum komina 4 m/sek. Kto lata to wie jakie to mile. Mam i ja dziś taką przyjemność. Z dobrą prędkością dolatuję do lotniska i obieram kierunek na wschód by ostatni raz odwiedzić „Kante”. Tu podstawa podnosi się do 5500 m. Noszenia też dobre. Po pozdrowieniu znajomych gór nawracam do domu. Mam zamiar jeszcze wykonać jakiegoś zygzaka by na OLC wyglądało ładniej, tzn. więcej kilometrów. Koło lotniska wszędzie leje deszcz. Nici z planów wypracowanie dodatkowych 100-200 kilometrów. Z pełnym respektem podjeżdżam pod burzę na wschodzie na jedyne 20 km i nawracam do lotniska. Ściany deszczu i błyskawice dały jednoznaczny sygnał do lądowania. Przyziemienie pod silny wiatr i tak przypomina lądowanie na lotniskowcu. Po 100 metrach już stoję. Dobrze, że w Kiripotib są dwa krzyżujące się pasy. Można zawsze dostosować kierunek lądowania do aktualnego wiatru. Przeleciałem dziś 739 km z prędkością 120 km/h. Miło spojrzeć na OLC bo jestem w towarzystwie Adama Czeladzkiego. Niby latamy daleko od siebie, a tu tak jakbyśmy startowali w jednych zawodach. Przy kolacji dużo miłych rozmów. Nie ukrywam, że zżyłem się z grupą pilotów, którzy razem ze mną latali. Teraz trzeba wracać do domu, znów stąpać po ziemi. Piękna przygoda w Namibii dobiegła końca. Cieszę się z tych dwóch tygodni, które przyniosły mi realizację zamierzonych celów. Odbyło się to w stylu bardzo przyjaznym. Dziś z nowo pozyskanymi przyjaciółmi piję doskonałe afrykańskie wino. Jutro przyjdzie czas na przemyślenia i snucie planów na przyszły sezon. Na pewno ten trening był bardzo wartościowy, a czy owocny to czas pokarze. Wszystkim kolegom, którzy zaglądali na naszą stronę i czytali moje relacje serdecznie dziękuje. Było mi dane odbierać wiele pozytywnych emocji z Waszej strony. Bardzo za nie dziękuje. Na pewno poczucie, że tam w Polsce są przyjaciele i koledzy, którzy wspierają bardzo mnie uskrzydlała. Cieszy mnie też to, że rozwinęło się to polskie-afrykańskie latanie. Bardzo mnie cieszą sukcesy Adama i Zdzisława tak widoczne na OLC. Jeszcze raz wszystkich pozdrawiam i do zobaczenia wkrótce na Żarze.

Jurek

8 stycznia 2012

Zachęcony wczorajszym dniem przymierzyłem się do pobicia rekordu na trójkącie 500km. Pogoda dziś trochę odmienna, jakby napływ nieco chłodniejszego powietrza. Wyznaczam trasę o długości 517 km z punktem odlotowym 20 km od Kiripotib w Cowdrac, 1 pz na południowy wschód, 2 pz na południowy zachód. Startuję o 12.35, na trasę odchodzę o 13.45 z wysokości 4150 m. Niestety najlepsze chmury uciekają w lewo, a ja lecę na skraju nieco gorszych cumulusów. Podkręcam tylko w 3-4 metrowych kominach. Na punkcie melduję się z prędkością 138 km/h. Po nawrotce trafiam w 6-7 m/sek. Oj zanosi się dobrze. Kolejny komin też 6 m/sek. Niestety wiatr mam w nos. Stąd trudno jest przeskoczyć 140 km/h. Przed drugim pz chmury się rozlewają, a za nimi błękit. Zaliczając punkt mam znów 138 km/h. Niestety trzeba wjechać pod te rozmyte cumulusy. Są dwa metry, ale puszczam. Ponownie i znów nie chcę tego. W końcu mam już tylko wysokość 1000 m nad grunt. Zakładam więc w 2-3 m/sek. Podkrętka pareset metrów i lecę do dorodnego cumulusa. Tu już 5-6 m/sek. Wykręcam maksa i mam już 1200 m zapasu do mety. Ale potrzebuję trochę więcej. Po drodze podciągam i raz podkręcam w 4/sek. Niestety mijam linię mety ze średnią prędkością 135 km/h. Różnica startu i mety regulaminowe 900 m, ale prędkość za mała by się było z czego cieszyć. Ponieważ w koło dużo burz więc pozostaje mi polatać między nimi widokowo. Oj piękne to widoki, a jaka tęcza !. Ląduję o 19.27. Tym razem nie wypijemy szampana. Pozostaje jeszcze jeden jutrzejszy dzień, a potem trzeba pakować manatki. Na OLC widzę, że Adam i Zdzisław fantastycznie się rozkręcili w Gariep. Brawo chłopaki !!! Tylko tak dalej.

Pozdrawiam

Jurek

7 grudnia 2012 – Rekordowy dzień

To był rekordowy dzień! Udało się ustanowić rekord Polski na trójkącie 400 km z prędkością 154 km/h. Co ciekawe najwięcej emocji było na końcu. A to za sprawą nieuwagi na finiszu. Tym razem los był dla mnie łaskawy. Pięć metrów zdecydowało. Niewiarygodne… Ale do rzeczy. Rano na odprawie Bernd podaje informację, że ok. 17tej możemy spodziewać się w rejonie Kiripotib burz spływających z północy. Nie uśmiecha mi się lądowanie poza domem więc odpuszczam dziś długi lot i postanawiam zaatakować rekord Polski na trójkącie 400 km. Wiem, że póki co tabela jest pusta, ale minimalna prędkość do ustanowienia tego rekordu wynosi 152,52 km/h. Aby nie mieć ograniczenia wysokości planuję punkt odlotowy 20 km na południe od Kiripotib w Rheinft. Tutaj obowiązuje już FL 195. Pierwszy pz w Tatave – południowy wschód od lotniska, 2 pz Malatah – południowy zachód. Deklaracja wbita, startuje o 12.12. Łapię pierwszy komin i próbuję zamknąć silnik. Niestety ma on swoje humory, a ja mam tylko jedną manetkę. Wiec co mogę zrobić – uruchamiam go i wyłączam w nadziei, że się schowa. Po 15 próbie (!!!!) w końcu latam jak szybowiec ze schowanym silnikiem.

Bacznie obserwuję rozwój chmur. Na północy widać już pierwsze Cb. Dość liczne są też soczewki. To może na fali ? Nie znajduję jej jednak. Pozostają zwyczajne cumulusy – dziś o podstawie 4500 m. Póki co noszenia do 3 m/sek. Zakładam odejście na trasę o 14tej i oblot w ciągu 2,5 godz. Czekanie jak na zawodach. Nareszcie trochę mocnej adrenaliny (nie ostatnia w dniu dzisiejszym…). W końcu nie wytrzymuje i odchodzę o 13.50. Odnotowuję wysokość – 4350 m. Na mecie muszę mieć więc wysokość 3350 m. Dodatkowo obliczam, że nad punktem końcowym powinienem być na wysokości około 2000 metrów nad poziom. Niby wszystko jasne ale właśnie ta druga informacja zbyt mi zalega w głowie i przysporzy mi później niemało emocji.

Lecę dość szybko pod trochę rozczapierzonymi cumulusami. Prędkość ładna – 170-180 km/h. No ale w końcu trzeba zakrążyć. W połowie boku wjeżdżam od razu w pełne 5 m/sek (czasem nawet lepiej). Wykręcam ponad 5000 m i jazda dalej. Przed punktem jeszcze raz krążę krótko w 4-5 m/sek i nawrót do drugiego pz (średnia prędkość 148 km/h – dobrze) Teraz zahaczam chmurki od południa bo tam noszą więc mi pasuje ten bok. Ale w połowie trafiam w rynnę duszenia. Pomny wczorajszych doświadczeń natychmiast uciekam w lewo. Poskutkowało – straciłem tylko 500 m. Po drodze trzy, czterokrotnie podkręcam – staram się krążyć tylko w ponad 4 m/sek. udaje się. Na drugim pz mam ponownie prędkość średnią 148 km/h.

Droga do mety wygląda ładnie, chmury układają się jedna za drugą. Staram się więcej bardziej podciągać na prostej niż krążyć. Bardzo szybko robi się dolot, ale to za mało – muszę wypracować 2000 m zapasu by różnica na mecie nie przekraczała 1000 metrów od wysokości przecięcia linii startu. Na 30 km przed metą jestem już 1300 m nad kreską. Potrzeba jeszcze 700 metrów. Prędkość 149 km/h. Nie ma co, trzeba przyspieszyć. Na 16 km przed metą stoi piękny cumulonimbus. Jeszcze nie pada, ale ładnie się piętrzy. Tylko on może dać brakującą wysokość. Atakuję go. Szarpie 4 m/sek. Chwila asekuracji – bo zakładam. Ale po dwóch kółkach przychodzi otrzeźwienie. Więc ruszam po prostej. No i dobrze bo ciemna podstawa ssie jak trzeba. Zapas rośnie mi do 2250 m. Trzeba jeszcze podgonić prędkość bo na lusterku 151,5 km/h, a do mety niecałe 10 km. Jadę więc 200-220 km/h. Więcej nie wypada bo powietrze bardzo turbulentne. Powoli licznik pokazuje średnią 152 i coś kilometrów na godzinę. No to pewnie mam to minimum. Na kilometr przed metą spoglądam na wysokościomierz. I tu z przerażeniem stwierdzam, że jestem ciut poniżej 3350 m. Zapatrzyłem się w prędkościomierz, zakodowałem sobie przybliżoną wartość zapasu 2000 metrów, a tu najważniejszy parametr (wysokość 3350 m) umknął mojej uwadze. Ciągnę drążek by wejść na upragnione 3350 m. Teraz to są sekundy, potem będą minuty wątpliwości – czy zachowałem regulaminową różnicę, czy też na samym końcu schrzaniłem cały wysiłek.

Otwieram hamulce i ląduję w Kiripotib. Na zachodzie rozbudowuje się ogromna burza. Wyjmuję rejestrator i zmierzam bezpośrednio do Bernda. Podłącza do komputera i powoli analizuje. Te parę minut dostarcza mi więcej emocji niż cały lot. Sekunduje mi Peter i Bert z Belgii. W końcu upragniony odczyt – różnica 995 metrów. Udało się !!!! Byłem na mecie 5 (słownie: pięć) metrów powyżej dopuszczalnego limitu. To się nazywa precyzja. A tak na poważnie ogromna nierozwaga. Całe szczęście los obszedł się ze mną dziś łaskawie – MAM REKORD POLSKI NA TRÓJKĄCIE 400 km !!!!. Prędkość 154 km/h. Wszyscy gratulują. Widzę nieukrywaną radość. Może to pierwszy rekord w Kiripotib? Nie wiem, muszę się dopytać. Ale wygląda na to, że do magii kilometrów liczonych od zamknięcia silnika i publikowanych na OLC udało mi się dorzucić inną wartość – PRĘDKOŚĆ.

Pozostały jeszcze dwa dni mojego latania w Kiripotib. Mam pewne plany, ale pozwolę sobie zachować je dla siebie. Ot tak by nie zapeszyć.

Pozdrawiam

Jurek

6 stycznia 2012

Dziś trochę relaksu. Po stresie się należy. Choć prognoza zachęca do ostrego latania. Wyznaczam więc sobie (oczywiście po sugestii Bernda) trasę 1166 km, z punktami: 1 pz w Kentucku – czyli 150 km na wschód, 2 pz – Isabis – 160 km na zachód (przy „Kante”), 3 pz Klipdrif – ponad 300 km na południe (wzdłuż „Kante”) i do domu. Startuję trochę później bo o 11.30, ale zaraz w dobry komin i po 15 minutach odchodzę na trasę. Początkowo sunę po bezchmurnej, ale po drodze łapię 3-4 m/sek. Od setnego kilometra są już chmury i jazda jeszcze lepsza. Pod dość silny wiatr. Podstawa chmur 4500m. Melduję się na 1 pz o 13.17 z prędkością 101 km/h. A więc lepiej niż wczoraj. Po nawrotce prędkość szybko wzrasta do 110 km/h. I nagle wpadam w jakąś rynnę – 4 m/sek w dół. Skręcam to w lewo, to w prawo – nie chce puścić. W ciągu minuty, może dwóch jestem zaledwie 1000 metrów nad ziemią. W końcu łapię 2, potem 3 m/sek. Ale prędkość spada. Powoli zaczynam odrabiać straty. Do 2 pz dolatuję już z prędkością 118 km/h. Podstawa chmur sięga 5300 m. Niestety dziś „Kante” nie pracuje. Tylko pojedyncze chmury na kierunku południowym. Odkładam więc jeszcze bardziej na północ i zaliczam punkt wirtualny. Od tego momentu zaczyna się latanie na OLC (czyli bez konkretnego celu). Wybieram sobie wyschniętą rzekę i wzdłuż niej lecę na południowy wschód. Nie powiem by mi taki styl odpowiadał. Zbyt wiele lat spędziłem na zawodach i takie nabijanie kilometrów w stylu dowolnym mnie nie raduje. Ale jeden dzień można. Gdy jestem już ponad 200 km od mojego wirtualnego punktu widzę na północy rozbudowującą się burzę, która zakrywa lotnisko w Kiripotib. Potwierdza to meldunek z ziemi. Jest jednak pocieszenie, że po godzinie burza pewnie przejdzie i będzie można lądować, lub… pozostaje awaryjne przyziemienie w Bitterwasser. Jakoś mi się to nie uśmiecha. Jeszcze trochę jadę na południowy wschód, następnie zawracam, odkładam trochę na zachód i następnie z dużym zapasem rozpoczynam dolot do domu. Przede mną ciemne chmury burzowe i trochę opadu. Od 20 km przed lotniskiem strasznie targa i dusi. Jednak bez problemu osiadam na pasie – jest 18.50. Początkowo trochę mi żal, bo gdybym polatał jeszcze godzinkę to byłby tysiączek bez wysiłku, a tak jest tylko 873 km. Ale żale mijają, gdy po pół godziny nad lotniskiem przechodzą szkwały wiatru. Oj mógłby być niezły pasztet przy lądowaniu, a tak spokojnie na tarasiku sączę zimne piwko w miłym towarzystwie. Kasia (menadżerka ośrodka w Kiripotib) opowiada o problemach AIDS w Namibii (jest tu zarażone ok. 2/3 populacji) i o tym jak mało się w tej sprawie robi. A potem jest doskonała kolacja i długie pilotów rozmowy. Sam lot był na pełnym luzie. Tak też można czasami polatać, ale jutro już będzie ambitniej. Obiecuję…

Jurek

5 stycznia 2012

Nareszcie się udało !!! Trójkąt tysiąc zrobiony !!! Duża radość i miły prezent na 40-lecie mojego latania. A rano zaczęło się niemrawo. Co prawda Bernd prognozował niezłą pogodę, ale było też zagrożenie deszczami na wschodzie. Stąd wybór trasy: najpierw na wschód 154 km do pierwszego pz , potem powrót przez Kiripotib do drugiego pz 240 km na zachód od lotniska i następnie jazda 300 km na południe wzdłuż znanego już „Kante”. Jak dobrze, że wcześniej poznałem te okolice. Dziś było mi łatwiej. Czekam na starcie w towarzystwie Petera. Póki co nic się w powietrzu nie rusza. Daleko na horyzoncie po stronie wschodniej widać pierwsze cumulusy. To jak zwykle ok. 100 km. Przy pierwszym drgnięciu powietrza Peter zarządza – start. Odpalam silniczek i o 10.55 jestem w powietrzu. Dziś oszczędnie gospodaruję energią moich baterii i zaczynam „toczyć” na wysokości 200 m. Mam dodatnie zerko, czasem opadam na 150 m, czasami mam 250 m. Na dole grupka kibiców obstawia moje wyczyny. Wieczorem opowiadają, że wyraźnie słyszeli szum moich skrzydeł i że bardzo im się podobało. Ja tymczasem zacięcie walczę. Ostatecznie wykręcam jakieś 800 m nad lotnisko i ruszam na trasę o 11.30. Początkowo bezchmurna jest leniwa. Czasami łapię jakieś dwa metry. Pierwszą setkę przelatuję z prędkością 75 km/h. Ale gdy dopadam chmurek jest już znacznie lepiej. Noszenia 3-4 m/sek, podstawa do 4500 m (oczywiście nad poziom morza – grunt jest tu na wysokości ok. 1400 m). Na pierwszym pz (godz. 13.10) mam już prędkość 92 km/h. Nawracam w kierunku drugiego punktu. Ze względu na to, że przed nosem mam TMA Winthuk, muszę lecieć przez Kiripotib. Tu dodatkowa trudność bo w tym rejonie mam ograniczenie do 145 FL. Z pewnym żalem spoglądam w kierunku południowym na Kalahari gdzie piętrzą się dorodne cumulusy. Ja tym czasem lecę bardziej w błękit. Ale wierzę w prognozy, mówiące o dobrych warunkach na zachodzie. Póki co mam przed sobą pojedyncze cumulusy. Prędkość powoli wzrasta. W rejonie Kiripotib uważam na wysokość i by się nie otrzeć o TMA. Do drugiego pz dochodzę o 15.30, w tym momencie moja prędkość wynosi 113 km/h. Do przelecenia mam jeszcze 600 km, a czasu nie za wiele. Na dokładkę wpadam pod szlak przy początku „Kante” nie po tej stronie co trzeba i strasznie mnie dusi. Spadam na ok. 1200 metrów nad grunt. Postanawiam zejść z najwyższego pasma gór i przesunąć się pod szlak po stronie wschodniej. Decyzja okazuje się dobra. Na świeżo rozpracowuję chmury i teraz widzę, że noszą od strony zachodniej (nawietrznej). Zaczyna się piękna jazda. Przestaję kombinować tylko lecę tak jak chce szlak. Najpierw odbijam w lewo, potem wielkim rogalem dochodzę do trzeciego pz. Tutaj chmury się kończą. Miło myślę o Berndcie Dolbie, który tak zgrabnie ułożył mi trasę. Jest godzina 17.30, do przelecenia 303 km, a do zachodu słońca równe dwie godziny. W tym momencie moja prędkość wzrosła do 122 km/h. Oby tylko szlak jeszcze potrzymał. Jego podstawa sięga 5500 m. Co prawda pojawia się pokusa by rzucić się po kresce do domu. Wszak widać tam sporo dorodnych cumulusów. Jednak pamiętam rady Bernda, że z tego miejsca wraca się lewym halsem po „Kante”. Tak też robię. Jeszcze chyba trzykrotnie targają mną wątpliwości. Wszak rogal jest ogromny stąd odległość do lotniska topnieje bardzo wolno. Ale nic, konsekwentnie jadę po szlaku i obserwuję jak powolutku zgrabnie zakręca w stronę lotniska. Na 165 kilometrze do Kiripotib łapię 3 m/sek i wykręcam 5500 m. Mam zapasu 200 metrów. Ruszam więc na dolot. Co czuję każdy szybownik pewnie wie :). Po drodze zahaczam o rozpadające się chmurki, które dają podtrzymania. Na dodatek mam wiatr w ogon. Antares majestatycznie sunie do lotniska. Przecinam linię mety o 19.34, prędkość 132,5 km/h. Ląduje dziesięć minut później bo dziś większy ruch na pasie. Radość duża. Potem jeszcze długa chwila emocji przy zczytywaniu logera i można otwierać szampana. Wszyscy gratulują, jest naprawdę bardzo sympatycznie. A jutro znów na długą trasę. I tak do końca pobytu.

Zapraszam na OLC, – dziś to drugi wynik dnia.

Jurek

4 stycznia 2012

Oj dziś zabrakło mocnej ręki trenera, takiego jak Heniu Muszczyński, który w odpowiednim momencie powiedział by mi „leć i nie dumaj”. Ale po kolei. Od rana część nieba pokrywa alto. Stąd chłodniej, ale też nie można spodziewać się szybkiej termiki w Kiripotib. Tu już stało się regułą, że mamy bezchmurną i dopiero trzeba odlecieć na 100-150 km na wschód by złapać pierwsze cumulusy. Ponieważ wyznaczam sobie trójkąt FAI 1007 km więc zależy mi na jak najwcześniejszym starcie. Od godziny 10tej stoję na starcie i obserwuję jak orzeł próbuje coś wykręcić. Bez większego rezultatu. Towarzyszy mi Peter – niezmiernie życzliwy pilot, który codziennie kieruje lotami. W końcu czujemy powiew pierwszego komina, siadam i odpalam silnik. W powietrzu nie jest różowo. Kręcę się w półmeterku. Tak wykręcam 800 metrów i odchodzę na trasę. Pierwszy pz znajduje się ok. 150 km na północny wschód od lotniska. Słaba bezchmurna powoduje, że w ciągu pierwszej godziny przelatuję zaledwie 65 km (!). Po złapaniu chmur jest już lepiej. Podstawa sięga 4000 m. Na pierwszym pz mam już 90 km/h. Zawracam w kierunku południowym. Lecę teraz z wiatrem. Niestety chmury szybko się wypiętrzają i rozlewają. Całe szczęście można znaleźć podstawy i kręcić w 3-4 m/sek. Mam wrażenie, że trochę za dużo kluczę. Jakbym latał standardem. Na drugim punkcie o dźwięcznej nazwie Kalahari łapię komin 4-5 m/sek i wykręcam 5500m. Czas jest dobry, prędkość 125 km/h. Obracam się pod wiatr. Trzeci punkt jest usytuowany na zachód od Kiripotib w rejonie znanego mi już „Kante”. Pociągam długi przeskok po prostej i trafiam w czwórkę. Prędkość nadal dobra. Po 100 km chmury się kończą i przede mnę duża przestrzeń błękitu. Daleko na horyzoncie majaczą zarysy chmur. No i tu pojawia się „diabełek zwątpienia”. Zamiast ciąć po trasie zaczynam odwijać w kierunku północnym, bliżej Kiripotib. Ot tak na wszelki wypadek. Sprawdzam jak wyglądałby ewentualny dolot (po prostu chore !!!!). Zakładam w jakimś półtora metra, zwalniam. No i w tym momencie ktoś powinien mi dać solidnego kopa w to miejsce na którym siedzę… Dopiero po jakimś czasie przychodzi otrzeźwienie. Jakby powiedział Heniu: „leć osiole !!!” Mobilizuję się i ruszam w kierunku trzeciego pz. Już wcześniej się przekonałem, że na zachodzie są czyściutkie cumulusy, noszą bardzo dobrze i podstawy też niczego sobie. Pierwszy kłaczek i 2-3m/sek. Kolejny jeszcze więcej. Jadę do ładnej chmury nie zważając na koszmarne duszenie. Gdy jestem już blisko niej dostrzegam, że zaczyna się rozpadać. Całe szczęście na bezchmurnej łapię pełne cztery. Stąd w kierunku punktu mam tylko jedną wielką chmurę. Dalej już tylko góry i błękit. Wjeżdżam pod jej podświetloną przez obniżone słońce podstawę i kręcę w pełnej trójce. Oj gdyby to było pół godziny wcześniej. Tymczasem jest już 18.45. Do punktu jeszcze 40 km. Po nawrotce miałbym do domu 140 km. Wyjeżdżam spod podstawy na wysokości ok. 4500m. Jadę w stronę punktu. Coś jednak mi się wydaję, że jeśli się do niego rzucę to czekają mnie kłopotu po zachodzie słońca lub wcześniejsze lądowanie na innym lotnisku. W głowie burza koncepcji. Ostatecznie 20 km przed punktem zawracam. Do mojej chmury daleko, dolotu też nie ma, a na zegarku 19-ta. Chmura jednak przyjmuje mnie gościnnym 2,5 metra. Krążę razem z Ventusem – to pewnie Michael Kustner (trzeci w dzisiejszej klasyfikacji OLC). Osiągam bezpieczną wysokość i lecę spokojnie do lotniska. Ląduję 10 minut przed zachodem słońca. Tak się tu zresztą lata – do samego końca dnia. Przeleciałem 974 km. Zabrakło 26 km. Ale myślę, że przez chwilę zabrakło zwykłego „cugu” i to spowodowało ostateczną stratę czasu. Łez nie leję bo latanie było doskonałe, a przede mną jeszcze pięć dni. No to może jutro kolejne podejście ? Wszystko na to wskazuje.

Pozdrawiam

Jurek

3 stycznia 2012

Dziś na odprawie Bernd oświadczył, że wszyscy powinni zrobić 1000. Pogoda rzeczywiście zapowiadała się znakomicie. Wyznaczam sobie wielobok 1001 km. Tak, żeby w końcu pokonać tę magiczną liczbę. Pierwszy pz w Botswanie – ok. 250 km na północny wschód od Kiripotib, drugi pz na wschód też w Botswanie, trzeci na skrawku północno wschodnim Namibii i powrót do domu. Start o 10.35. Niestety pierwszy komin słaby – tylko 0,5 m/sek. Oj gdybym miał dobry silnik to nie żałowałbym paliwka, odpalił do wysokości 1000 metrów i ruszył na trasę. Tymczasem godzinę wożę się nad lotniskiem by w końcu wykręcić 1000 metrów. Ruszam więc późno, za późno, bo o 11.30. Na bezchmurnej łapię pierwszy komin – 4 m/sek (wow !!!). Drugi komin podobnie. Na setnym kilometrze dopadam pierwsze chmurki. Niestety czołowy wiatr spowalnia prędkość. Pierwszy pz osiągam z prędkością 105 km/h. W tym miejscu cumulusy są jakieś rozmyte. Czasami trudniej znaleźć komin. Lecąc bardziej na południe sytuacja się oczyszcza. Chmury są piękne, układają się w niewielkie szlaki. Mimo jazdy pod wiatr prędkość rośnie (na tym boku jest 128 km/h). Jednak czas też upływa. Bezwzględna kalkulacja nakazuje nawrócić 50 km przed drugim pz. Co prawda Bernd żartuje przez radio, że mam opcję ponownego nocowania u znajomej w Gobbabis, ale nie decyduję się na to. Ruszam w kierunku lotniska. Jestem od niego w odległości 350 km więc jest co robić zwłaszcza, że na tarczy zegara zbliża się 16ta. Całe szczęście pogoda dobra, chmury wysoko (do 4500-5000), wiatr w ogon. Bez problemów dolatuję do lotniska. Mam zapas 1000 metrów więc trochę penetruję zachód. Tutaj, o dziwo o 19tej łapię 2 m/sek. Kręcę więc jeszcze do 3300m. Dalej nie mogę bo słońce chce zachodzić. Pędzę na 30 kilometr od lotniska z prędkością 200 km/h, nawracam i kalkuluję, by wylądować przed zachodem słońca. Udaje się. Ledwo wysiadam z kabiny a już jest Joanna z chłodnym, wilgotnym ręczniczkiem i zimnym piwem (po prostu raj !!!). Przeleciałem dziś 956 km. Dziewięć godzin w szybowcu, malutki niedosyt, ale nadzieja, że jutro może „róliczka dopadnę”… Pozdrawiam wszystkich szybowników w Polsce. Wiem, że tam zimno więc dołączam gorące promyczki afrykańskiego słońca (dziś na ziemi było 38 stopni).

Jurek

1 stycznia 2012/2 sztycznia 2012

To miał być ten dzień. Prognozy pozytywne, wczorajszy sukces Adama Czeladzkiego – to mobilizuje. Wyznaczam sobie trasę 1014 km: pierwszy pz na północny wschód Namibii, drugi pz na 250 km w głąb Botswany, trzeci pz ponownie północny wschód Namibii, no i powrót do domu. Nad lotniskiem znów bezchmurna, natomiast na wschodzie widać wdzięczące się cumulusy. Zmieniamy miejsce startu co skutkuje opóźnieniem w starcie.. W leniwym półtora meterku wykręcam z trudem 1000 metrów i odchodzę na trasę trochę późno bo o 11.30. Pierwsze 140 km lecę na bezchmurnej. Jest trochę lepiej niż wczoraj ale prędkość zaledwie 80 km/h. Jednak chmury dodają speedu i na pierwszym pz mam już 102 km/h. Zagłębiam się w Botswanę. Piękne cumulusy o podstawie 4500-5000 m. Cały czas lecę wdychając tlen. Na horyzoncie widzę kończące się chmury. Czyżby znów bezchmurna ? Nie, tym razem los jest łaskawy i ostatnia chmura znajduje się 20 km od drugiego pz. Zaliczam go o 16tej. Pode mną bezludna pustynia Kalahari. Lepiej nie myśleć o moim silniczku i jego słabiutkich bateriach. Pocieszam się, że cały czas chmury w kierunku trzeciego pz, a na display?u 80% mocy. Jazda jest teraz piękna. Noszenia do 6 m/sek, szlaki opasłych cumulusów. Pojawia się myśl, że może tym razem się uda. Niestety po przekroczeniu granicy Namibii całkowita zmiana pogody. Pojawia się silny południowo zachodni wiatr. Na trzecim pz jestem o 18 tej. Do domu mam 200 km. Gdyby to była wczorajsza pogoda to na 140 kilometrze złapałbym o 18.30 trzy meterki i był w Kiripotib tuż po zachodzie słońca. Oczywiście z tysiączkiem w kieszeni. Tymczasem dziś jest inaczej. W kierunku lotniska widać jeden strzępek. Lecę do niego pod soczewkami, które daję podtrzymania do jednego metra. Zamarzyła się przez chwilę mocna fala. Wszak mam tlen i limit wysokości aż do poziomu 195. Niestety nic z tego. Pod strzępkami łapię regularne 1,5-2,0 m/sek. Wykręcam 4500 m. To za mało by dolecieć do domu pod tak silny wiatr. Ale próbuję. Na wszelki wypadek wrzucam sobie namiary na lotnisko po drodze. Może to nieuwaga, a może zmęczenie, ale zamiast Gobabis wrzucam do komputera NosobGabl (to punkt zwrotny a nie lotnisko). Rano Bernd sugerował bym ewentualnie lądował na lotnisku w Goibabis bo tam pewna pani może się mną zaopiekować. No ale ja „osioł jeden” zamiast Gobabis wrzucam NosobGabl i sobie lecę. Po jakiś czasie coś mnie tknęło i sprawdzam funkcję „najbliższe lotniska”. Tu wyskakuje mi Gobabis 60 km do tylu. Przeleciałem dziś 960 km z prędkością 126 km/h, ale nie ma co więcej pchać się do przodu- to nie Polska, tu nie ma gdzie lądować. Błyskawicznie zawijam i lecę już z wiatrem do właściwego miejsca.. Brakuje mi jakieś 150 metrów ale dla silniczka to pikuś. Tylko w głowie lecą gromy na nierozważnego pilota i myśl co by było gdybym tak trochę później się zorientował. Przed lotniskiem w Gobabis na chwilę włączam motorek i ląduję bezpiecznie na pięknym pasie długości 2,5 km. Jest godzina 19.33 i tu zaczyna się druga przygoda. Hangary na lotnisku zamknięte, nigdzie żywej duszy. Całe szczęście mam kontakt telefoniczny z Berndem, który zawiadamia miłą panią imieniem Annalies. Ta zabiera mnie z lotniska o 21szej, zawozi do swojego Guest House. Jedziemy razem na kolację. Annalies jest bardzo rozmowna. W godzinne poznaję wszystkie jej problemy rodzinne i zdrowotne. Oj lubi mówić…

Szczęśliwie wracam do pokoju i zasypiam spokojnie. Rano obfite śniadanko i tylko jedna myśl – czy mam dość mocy w moich bateriach by bezpiecznie wystartować. Na wszelki wypadek proszę Annalies o pomoc bo na lotnisku w Gobabis nie ma prądu. Zaczyna się akcja. Moja Opiekunka w godzinę załatwia generator, ładujemy go do auta i mkniemy na lotnisko. Tam jest już miejscowy pilot, który chętnie pomaga. Po odpaleniu generatora okazuje się, że ma zbyt małą moc by ?pchnąć moje baterie?. Pojawiają się inni, życzliwi ludzie, znajdują mocniejszy generator powolutku ładujemy Antaresa. W ciągu półtorej godziny zyskuję 5%. Dookoła mam grupkę zaprzyjaźnionych osób. Mówią, że jestem atrakcją dnia. Czekają z niecierpliwością na start. Ja też czekam na pewną termikę. Jeszcze ponownie przyjeżdża Annalies, przywozi zimną colę i aromatyczną kiełbaskę. Przypominają się dawne czasy gdy lądowało się po polach w Polsce. Ostatecznie startuję 13.30, trafiam od razu w 4 m/sek, wykręcam 5000 m i po prostej dolatuję do Kiripotib(dziś wiatr w plecy)

I to mógł by być koniec przygód na dzień dzisiejszy. Ale trzeba pisać prawdę choćby po to by nikt nie powtarzał moich błędów. Więc dalej to było tak: po zaparkowaniu w Kiripotib podłączam ładowanie i mam dwie godzinki relaksu – basenik, kawka, ciasto (tak tu jest, NAPRAWDE !!!) Jeszcze po wylądowaniu podchodzi do pilota smukła murzynka Joanna i serwuje chłodne, mokre ręczniczki do wytarcia rąk i twarzy, oraz dla chętnych zimne piwko. Ale dziś piwka nie piłem bo miałem zamiar jeszcze polatać po południu. Podładowałem bateryjki do 65%, wyznaczyłem sobie traskę, dziarsko siadam do szybowca, manetka do przodu i jazda… Po 5 sekundach przypominam sobie, że nie zdjąłem kółka ogonowego. Natychmiast zdejmuję gaz i staje po kilku metrach. W głowie pojawia się pierwszy „warning”. Zdejmuję kółko, wskakuję do szybowca, manetka do przodu i jazda. Pas długi ale rozbieg też dziwnie długi. Odrywam się od ziemi ale jakoś niemrawo wznoszę. Po osiągnięciu 250 metrów widzę, że wskaźnik baterii informuje o zużyciu sporej części mocy. Teraz dopiero zauważam, że mam niedomknięte hamulce. Drugi „warning” jest jednoznaczny ? „ląduj i dziś nie lataj”. Przy piwku wyciągam wnioski. Zarządzam od jutra poprawę i pełną koncentrację. Zwłaszcza, że pogodna nadal piękna, a apetyt wciąż ten sam. Może taki jeden dzień przerwy był potrzebny. A tak nawiasem mówiąc pomysł z silnikiem elektrycznym wymaga jeszcze dopracowania. Wlanie 5 litrów paliwka zajmuje minutkę, a załadowanie 20% mocy wymaga dwóch godzin. Co tu mówić o 100%. No ale w tym roku muszę już poznawać uroki napędu elektrycznego. Oby zawsze z bezpiecznym skutkiem.

Pozdrawiam

Jurek

31 grudnia 2011 – dzień piąty

Coś od rana wisi w powietrzu. Bert robi niepewną minę odnośne pogody. Może będzie dobra, zwłaszcza nad Botswaną. Nie można tego nazwać wielką mobilizacją, ale deklaruj trasę 1000 km z pierwszym pz na północnym-wschodzie (jeszcze w Namibii) drugim pz w kierunku południowo wschodnim w Botswanie i trzecim pz 40 km na zachód od Kiripotib. Na horyzoncie po str wschodniej pojawiają się pierwsze cumulusy. Startuję o 11.05. Chcąc zaoszczędzić jak najwięcej energii w moich bateriach zakładam na 300 metrach i włączam zamykanie silnika. Niestety nie chce się zamknąć i stawia spory opór. Nici z wykręcenia się. Poniżej 200 metrów odpalam ponownie silnik. Teraz wznoszę się do 400 metrów i zakładam w kominie. Niestety silnik znów nie chce się schować. Pylon wachluje to w górę to w dół. Za czwartym razem zamyka się. No to mam za sobą pierwsze emocje. Niestety na te manewry tracę trochę cennego czasu i równie cennej energii z moich baterii. Na trasę ruszam po pół godziny z wysokości 1000 m nad lotniskiem. Pierwsze 100 km „człapię” ledwo ledwo. Kominy jakieś słabe i nie pozwalają wznieść się ponad 1200 m nad teren. Prędkość po pierwszej godzinie też marna (wstyd się przyznać). Po 100 km łapię pierwsze chmurki. Teraz zaczyna się już lepsza jazda i odrabianie straconego czasu. Na pierwszym pz (250 km od Kiripotib) mam prędkość zaledwie 99 km/h. Nie nastraja to optymistycznie. Wjeżdżam w Botswanę. Tutaj chmury dorodne, noszenia 3-4 m/sek. Pojedyncze opady. Jedyne co przysparza sporo emocji to całkowicie bezludny teren pod stopami. Sawanna i sawanna, pojedyncze drogi i pustkowie. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby… Na dodatek kontrolka informuje mnie, że pozostało mi tylko 60 % energii. To naprawdę niewiele, na 3-4 minuty pracy silnika. Na 90 km przed drugim pz podejmuję bolesną decyzję nawrotu. Kalkulacja czasu i mojej prędkości nakazuje podjęcie takiej decyzji. Wracam podobną trasą z wyraźną odchyłką północną. Jeszcze w Botswanie markuję punkt zwrotny i ruszam w kierunku Kiripotib. Piękne chmury nad głową, noszenia 4 m/s, czasami trafia się nawet piątka. Jakoś raźniej czuję się po przekroczeniu granicy Namibii (ot taki mały patriotyzm po sześciu dniach pobytu). No i widać jakieś osady ludzkie. Po drodze robię jeszcze małego zygzaka i ostatecznie dolot wykonuję z setnego kilometra. Warto zaznaczyć, że podstawy w dniu dzisiejszym sięgały 5000 m. Ląduję po 19-tej. Zaliczyłem dziś 940 km z prędkością 120 km/h. Nawet nie czuję zmęczenia. Na dodatek prognozy są bardzo pozytywne na jutro więc może uda się uczcić Nowy Rok tysiączkiem ? Było by fajnie. Tymczasem dziś mamy Sylwestra. W Kiripotib rozpala się już ognisko. Korzystając więc ze sposobności składam tą drogą wszystkim miłośnikom szybownictwa w Polsce najserdeczniejsze życzenia spełnienia swoich planów i radości z nadchodzącego roku 2012.

Pozdrawiam

Jurek