Szybowcowe Mistrzostwa Europy w kl. 15m

13.08.2015 – Ósma konkurencja

Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie zaobserwowałem takiej różnorodności warunków pogodowych w ciągu dnia, jakie tu się zdarzają. W ciągu jednego lotu miałem okazję śmigać po 200km/h pod szlakami bardzo dobrze noszących chmur o podstawach powyżej 3000m, następnie omijać deszcze i ławice altocumulusa pozostałe jako śmieci po rozmytych congestusach, a na koniec chwytać się noszeń daleko poniżej metra na sekundę na termice bezchmurnej i zafalowaniach. Who wants more?!
Wracając po zaliczeniu północnego punktu zwrotnego kluczowym momentem był rejon Foligno. Tam udało mi się trafić noszenie, które po przekroczeniu wysokości szczytów zaczęło być stacjonarne, co wskazywało właśnie na zafalowanie. W kierunku lotniska ciemność i deszcz obejmujący obszar od Valneriny do początku doliny Terni. Noszenie skończyło się na wysokości około 1500m. Do bezpiecznego dolotu brakowało jeszcze 200 – 300m. Przez chwilę pokręciliśmy się dookoła poszukując kolejnych tchnień, jednak bez sukcesu. Mieliśmy do wyboru dwie opcje. Pierwszą był lot w kierunku lotniska, gdzie po drodze nie było oznak dających nadzieję na napotkanie noszeń, więc prawdopodobnie trzeba by było rzucić się na dolot do zacienionej i wychłodzonej deszczem Valneriny, w której pewnie nie byłoby nawet żagla. Druga opcja to próba zrobienia czegoś dziwnego – lot zupełnie w bok na zachód, w kierunku  jeszcze nasłonecznionych terenów, nad którymi stały ładnie wyglądające cumulusy. Pomimo konieczności nadłożenia drogi wybraliśmy wariant drugi. Było już późno, nie było już noszeń nisko pod chmurami, a po jakimś czasie nie było już nawet tych chmur. Od tej pory lot był unikaniem lądowania w polu. Udało się spłynąć do nisko położonej doliny miasta Terni, gdzie jeszcze dla formalności woziliśmy się z pół godziny w wieczornych tchnieniach rozgrzanego miasta, by ostatecznie wylądować na znajdującym się tam lotnisku. Inni piloci, którzy znaleźli się w rejonie na południe od Foligno po nas mieli nieco więcej szczęścia – wyszli na wysokości, które już usprawiedliwiały decyzję o pójściu na dolot. Możliwe, też, że opad przesunął się na zachód i widmo lotu w kierunku Rieti nie wyglądało wizualnie aż tak źle. Nasza koncepcja nie zadziałała.

12.08.2015 – Siódma konkurencja

Po trzech dniach „marnowania czasu” górskimi wycieczkami i wypadami nad jezioro wreszcie powróciliśmy do tego, po co tu przyjechaliśmy. O tym, że niż w dalszym ciągu stoi na południu i powoduje, że powietrze do nas zawija ze wschodu pewnie mógłbym nawet nie pisać. Dzisiaj wiatr był na tyle silny, że tworzył miejscami falę pozwalającą na wyjście znacznie wyżej niż pozwoliłyby na to noszenia termiczne, które z tego samego powodu były znacznie bardziej turbulentne i wąskie. Z powodu tego wiatru miejscami opłacało się lecieć po zacienionych zboczach, gdzie podtrzymywał żagielek, podczas gdy po nasłonecznionej stronie rozgrzane powietrze często nie było w stanie przebić się przez zawietrzną.
W północnej części trasy nie było zbyt dużo cumulusów, a termika zaczęła dość szybko się kończyć. Wracając po zaliczeniu północnego obszaru spłynąłem za nisko aby móc wlecieć na „tą złą” (wschodnią) stronę zboczy i wykorzystać żagiel. Poza tym, teren na wschód od Foligno nie zachęca do niskiego tam latania. Leciałem więc nad płaskim terenem rozległej doliny w takim oddaleniu od zboczy, że czasami podtrzymywało mnie ciepłe powietrze zdmuchiwane w zachodnim kierunku. W ten sposób udało mi się wlecieć do doliny Val Nerina, która słynie z tego, że można wzdłuż niej robić dynamiczne doloty spod kreski. Oczywiście przy wiatrach posiadających zachodnią składową. Na szczęście udało się „wygrzebać” na połączeniu wznoszeń od wiatru i wygrzanego powietrza nad szczytami i dolecieć do lotniska. Było to ciekawe doświadczenie – nigdy wcześniej nie leciałem po tej stronie.

08.08.2015 – Szósta konkurencja

Dzisiejszy lot był pod tytułem „Zdążyć Przed Burzą”. Po wczorajszych kłopotach dzisiaj dostaliśmy zadanie-figurant: obszarówka o czasie oblotu 1:30.
Zdecydowaliśmy się odejść na trasę jak najszybciej. Z tej perspektywy mam wrażenie, że było to nieco za wcześnie. Na pierwszym boku noszenia jeszcze się rozwijały. Dopiero po zawróceniu w strefie udało mi się trafić silny komin. I wtedy można było odczuć, że burza to tylko kwestia czasu. Noszenia były bardzo silne, dawało się lecieć po prostej zyskując ogromne wysokości w locie po prostej pod mocno wypiętrzonymi chmurami.
Ostatni komin wykręciłem nad Giano – górą, w której ktoś finezyjnie wyciął las tworząc napis DVX (ciekawe po co?). Stamtąd udało się wykorzystać układające się w połączenia chmury i już bez krążenia zaliczyć następne dwie strefy i dolecieć do lotniska. Zdążyliśmy. Przeleciałem po prostej 185 kilometrów. Lubię takie latanie.

07.08.2015 – Piąta konkurencja

Latanie w warunkach burzowych bywa szybkie i dynamiczne, ale czasami potrafi spłatać niezłego figla. Jeśli do burz dodać w pakiecie widzialność na poziomie 10km to to już się robi nie lada wyzwanie.

Trzygodzinna obszarówka oznaczała, że prawie na pewno napotkamy burze. Pierwszy opad deszczu trafił się już kilkadziesiąt kilometrów na południe, jednak nie był on groźny. Po jego przeskoczeniu trafiliśmy w dobre warunki i zdecydowaliśmy się wydłużyć lot w pierwszym obszarze na południe, spodziewając się kłopotów w późniejszej części dnia.

Kiedy lecieliśmy na północ, na naszej drodze wybudowała się już solidna burza. Standardom lecącym z przodu udało się przeskoczyć zachodnią stroną i meldowały silne noszenia na czole przed opadem. Zdecydowaliśmy się pójść ich śladami i zaczęliśmy kierować się mocno na zachód. Niestety nie zdążyliśmy – burza szybko przemieszczała się na zachód w stronę TMA Rzymu, a w dodatku rozrosła się do takich rozmiarów, że przelot przez strefę opadu byłby raczej nierozsądny. W związku z tym jedyną opcją było odbicie z powrotem na wschód. Na szczęście w rejonie lotniska się uspokoiło, na Terminillo zamiast deszczu znowu padało słońce i po chwili udało się znaleźć noszenie umożliwiające kontynuowanie lotu. Kosztowało to nas jednak sporo czasu.
Kolejną stratę spowodowało już nie pracujące czoło burzy w rejonie Spoleto. Podlecieliśmy do chmur z jeszcze dobrze wyglądającymi podstawami u progu opadu, które nas jednak zawiodły. Musieliśmy się wrócić do noszeń, które wcześniej puszczaliśmy. To był zdecydowanie jeden z tych lotów, o których chce się jak najszybciej zapomnieć.

06.08.2015 – Czwarta konkurencja

Chyba nie polubię rejonu na północny zachód od Rieti. Kolejny raz ostatni punkt trasy został wyłożony w tym kierunku, dzisiaj oznaczało to lot na odległość 90km od lotniska pod bezchmurnym niebem.

Ogólnie rzecz biorąc warunki były bardzo podobne do wczorajszych. Ta sama adwekcja, podobny kierunek i prędkość wiatru, podobne wysokości podstaw cumulusów. Troszkę mniej było szlaków, ale za to w kilku miejscach konwergencja pozwalała wyjść dużo wyżej niż podstawy chmur wytworzonych typową termiką.

Zawracając na północnym punkcie trasy (Fossato) mieliśmy sporą przewagę nad pozostałymi szybowcami z naszej klasy. W locie na południe sytuacja pogarszała się, co sugerowało, że przewaga ta będzie rosnąć. Noszenia zaczęły słabnąć, chmury zanikać. Po zawróceniu na północny zachód przed doliną Terni czekał nas już tylko lot na bezchmurnej. Niestety rozbijały koncepcję nam ciągle zawodzące miejsca, w których po doświadczeniach z dni poprzednich spodziewaliśmy się dobrych noszeń. Analiza zapisu lotów zawodników, którzy osiągnęli lepsze wyniki jeszcze bardziej psuje humor – łapali oni bardzo silne noszenia właśnie w tych samych miejscach, ale na przykład 15 minut później. Osobiście nie przepadam za zrzucaniem winy za kiepski wynik stwierdzeniem „nie trafiliśmy w fazę”, ale dzisiaj naprawdę wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było.

05.08.2015 – Trzecia konkurencja

Dzisiaj był bardzo ciekawy dzień. Zamiast oczekiwanej słabej termiki bezchmurnej mieliśmy przyjemność śmigać pod szlakami o podstawach sięgających nierzadko 3200m. Lubię kiedy prognozy nie sprawdzają się w takim kierunku.
Wiatr wiał z północnego wschodu, a to za sprawą niżu, który rozwinął się nad Morzem Śródziemnym i tam sobie wiruje. Wszystko wskazuje na to, że niż ten zabawi tam jeszcze trochę.

W związku z kierunkiem wiatru należało ponownie trzymać się wysoko, co dzisiaj wcale nie było takie trudne. Łącząc torem lotu układające się w połączenia chmury i zamglenia dało się pokonywać duże odległości z niewielkimi stratami wysokości. Nawet miałem okazję odczuć chłód (pierwszy raz od kiedy tu jesteśmy) wprawiając kolegów oczekujących na ziemi w uzasadnioną złość.

Jestem zadowolony w zasadzie z większości lotu, nie wyszedł mi niestety ostatni bok. Podobnie do dnia wczorajszego, ostatni punkt trasy został wyłożony w rejonie jeziora Lago di Corbara. I podobnie jak wczoraj, prawie nie było tam cumulusów, jedynie drobne zamglenia i fractusy. Po drodze do ostatniego punktu termika bezchmurna podtrzymywała całkiem dobrze, toteż sądziłem, że po punkcie uda się trafić dobry komin nad pagórkami na południe od jeziora. Niestety dzisiaj te pagórki nie pracowały tak dobrze, najpewniej ze względu na większą składową wiatru ze wschodu. Dopiero po dość mocnym odbiciu w prawo i nadłożeniu drogi znalazłem słaby komin, w którym wyrobiłem dolot. Grupka szybowców lecących z tyłu złapała silniejsze noszenie i dzięki temu nie musieli nadkładać drogi. Straciłem tym manewrem około 5 minut. Może jutro będzie lepiej.

04.08.2015 – Druga konkurencja

„No to dzisiaj chyba wstydu nie będzie” – takimi słowami Jędrek podsumował dzisiejszy lot. I rzeczywiście wyszło nie najgorzej.
Wiatry wiały w dalszym ciągu z tych gorszych kierunków, ale były nieco słabsze niż wczoraj. Korzystnym czynnikiem była także mniejsza wilgotność powietrza. Podstawy chmur sięgały 2700m. Organizatorzy postanowili już nie wysyłać nas daleko na wschód. Co ciekawe, zarówno w klasie Standard jak i 15m najlepsze prędkości średnie zrobili zawodnicy z Nowej Zelandii, latający poza konkursem, którzy wybrali lot wschodnią stroną wzdłuż masywów Gran Sasso, Gorzano oraz Vettore, które dzisiaj pracowały całkiem dobrze. Najwyraźniej dzisiaj wyłożenie trasy po wschodniej stronie byłoby bardziej uzasadnione niż wczoraj, no ale bycie mądrym po fakcie to nie sztuka.
Myśmy z Jędrkiem wybrali lot tradycyjny wzdłuż pasm w zachodniej części obszaru i przyjęliśmy taktykę trzymania się wysoko, lecąc pod chmurami, prawie jak nad terenem płaskim. Lecieliśmy i tak wzdłuż pasm górskich, bo jak można by się było spodziewać, chmury te najczęściej tworzyły się nad grzbietami, ale testowanie zboczy na niskich wysokościach nie byłoby dobrym pomysłem.
Końcówka trasy została wysunięta na północny zachód, nad niskimi pagórkami w okolicach jeziora Lago di Corbara. Nie było w tamtym rejonie cumulusów, ale termika bezchmurna bardzo dobrze pracowała, po dwóch „podkrętkach” i krótkim locie po prostej mieliśmy już bardzo duży zapas wysokości na dolot do lotniska. Sądziłem nawet, że trochę przesadziliśmy, ale sporo z tego zapasu rozmieniliśmy na drobne przelatując przez rozległy obszar duszeń nad doliną Terni. Lot na opcję „się wyrobi” by dzisiaj nie wyszedł.

03.08.2015 – Pierwsza konkurencja

Pierwszy dzień nie należał do łatwych. Już na treningu mieliśmy okazję zrozumieć, że przy wschodnich odchyłkach wiatrów latanie tutaj staje się nieco trudniejsze. Dzieje się tak dlatego, że zbocza nasłonecznione nie są nawietrznymi oraz że wschodnia bryza od Adriatyku wchodzi głęboko w ląd serwując wilgotne i chłodniejsze powietrze. Lokalni piloci w trakcie treningu przy wschodnich odchyłkach wiatru doradzali „stay high and don’t go east”. OK, ale co jeśli nie mamy wpływu na trasę? Drugi punkt dzisiejszego zadania to jeden z najbardziej wysuniętych na południowy wschód. No trudno. Mieliśmy okazję potrenować latanie nisko, na żaglu na zboczach, które do tej pory istniały tylko jako te „po złej stronie”. Czasami nosiło po prostu nad doliną, gdzie dopiero zwiane ciepłe powietrze z nasłonecznionego zbocza miało szansę uformować regularny komin.

Linia  z drugiego do trzeciego punktu zwrotnego (z południa na północ) przebiegała przez pasma i szczyty o wysokościach powyżej 2500m, zazwyczaj wspaniale noszących, ale przy zachodniej, lub południowo zachodniej adwekcji. Dzisiaj tam było widać złowrogie „czapki” przewalających się i spływających do dolin chmur.

W związku z tym trzeba było nadłożyć mnóstwo drogi lecąc z powrotem przez okolice Avezzano, dalej przez dolinę Rieti i dopiero stamtąd na północny wschód. Tam nie było wcale lepiej – wiatr wiał wzdłuż zboczy nie dając szansy na typowy dla tego rejonu lot na niskich wysokościach. Na szczęście dało się lecieć wzdłuż dolin, a w rejonie punktu trafiło się nawet drobne zafalowanie. Lot w stronę powrotną był już w zasadzie tylko usilnym utrzymywaniem się w powietrzu z krążeniem w czym popadnie. W rejonie Spoleto udało się znowu podnieść nieco wyżej, co pozwoliło na przeskoczenie do doliny Terni. Był to manewr w zasadzie bez nadziei – przeskok na zawietrzną, nachylenie terenu po drugiej stronie doliny zbyt małe, aby przy słabnącym wieczornym wietrze wytworzyć żagiel. Liczyłem na zaliczenie punktu i spłynięcie w stronę lotniska w Terni – może trafi się jeszcze coś nad doliną. Niestety przeskok do doliny zabrał trochę wysokości, do lotniska bym raczej nie dociągnął. Musiałem siadać przy punkcie. Zabrakło 35 kilometrów do Rieti.