32. Szybowcowe Mistrzostwa Świata 2012

Czternasty – ostatni – dzień zawodów

Wczoraj polecieliśmy koncertowo, nawet w najśmielszych planach nie podejrzewałem, że tak szybko wskoczą z powrotem na drugie miejsce. Nie było to łatwe, Russell i Mike to naprawdę znakomici zawodnicy. Podejrzewam, że musieli być naszym towarzystwem mocno zdekoncentrowani. Dzisiaj i dla nas i dla nich był to najtrudniejszy dzień, ostatnia konkurencja, która miała zdecydować o wszystkim. Ja byłem mocno podbudowany wczorajszym zwycięstwem, dlatego liczyłem na kolejny udany lot. Od rana niebo nie było zachęcające, od północy nasuwało się średnie i wysokie zachmurzenie z rozmytych burz z dnia poprzedniego. Prognozy były jednak optymistyczne, dlatego task setter wyłożył dla wszystkich klas obszarówki z czasem 3 godziny. Pogoda pokazała jednak, że to ona dzisiaj rządzi. Trasa zakładała lot wzdłuż granicy z Meksykiem na południe w okolice Laredo i potem lot na wschód i do stamtąd do lotniska. Cały zachód pokryty był chmurami i tylko gdzieniegdzie pojawiały się pojedyncze kłaczki. Tutaj jest trochę inaczej niż w innych miejscach. Chmury potrafią skutecznie wytłumić termikę i posadzić wszystkich w polach. Pól i lądowisk jest tutaj jak na lekarstwo, dlatego nie ryzykując organizatorzy zmienili nam zadanie na obszarówkę 2h15′ na wschód i południe z dosyć sporymi strefami. W tego typu konkurencji czynnik szczęścia odgrywa dosyć sporą rolę, dlatego zanosiło się na emocje do samego końca.

Wszyscy trzej z 18-tek staliśmy dzisiaj na szarym końcu grida, ostatni z ostatnich. Ja byłem w najgorszej sytuacji, po starcie Zbyszka i Mirka musiałem chwilę odczekać na samolot i dostałem najgorszego „złoma” – Cessnę, która ma dosyć małą moc. W dodatku jeszcze zostałem wyciągnięty poza strefę wyczepienia w miejsce, gdzie nasuwające się górne pokrycie wytłumiło noszenia. Już podczas holu zgłosiłem Jackowi swoje problemy i po interwencji wydłużono o 10 min otwarcie startu lotnego. Uff… nieco mi ulżyło, ale pozostało jeszcze znaleźć jakieś rozsądne noszenie. Udało się mi się w pobliżu lotniska wycentrować około 1,5 m/s. W międzyczasie doleciał Zbyszek i gdy przyszło otwarcie taśmy byliśmy przy podstawie (2100 mqnh) gotowi do lotu. Zgarnęliśmy Mirka i odeszliśmy jako jedni z pierwszych nie patrząc na nikogo. Pogoda psuła się coraz bardziej. Poleciliśmy pod pierwsze cumulusy na trasie i złapaliśmy ok 2,5 m/s. Następny komin to już 4 m/s, a w jeszcze następnym dolecieli do nas Anglicy. I tu mała konsternacja – z ziemi dostaliśmy informację, że odeszli 10 minut po nas??? Po chwili uznaliśmy, że może to być celowa dezinformacja, gdyż na tak krótkim odcinku nie dało się polecieć aż tyle szybciej. Zresztą to dopiero początek i trzeba lecieć do końca i na ziemi okaże się kto był lepszy. Lecąc dalej zauważyłem, że to oni lecą nerwowo, próbują się wyrwać na siłę do przodu. W którymś momencie po pierwszej strefie nasze drogi się rozeszły. Zaliczyliśmy ją dosyć głęboko, gdyż do następnej musieliśmy ominąć obszar większego zachmurzenia. Znaleźliśmy 4,5 m/s, a już w drugim obszarze wlecieliśmy pod piękny szlak. Polecieliśmy na południe do jego końca i z powrotem już z wiatrem do lotniska. Nie był aż taki mocny jak dnia poprzedniego, ale pozwolił na w miarę szybki lot do domu. Jeszcze tylko podkrętka i z niezłym wynikiem lądujemy w Uvalde. Po niecałej godzinie jest już wszystko jasne. Zrobiliśmy lepsze prędkości od wyspiarzy i daje mi to srebrny medal!!! Yes, yes, yes!!! Radości nie było końca, jest to wielki sukces dla mnie, największy w mojej karierze:)))

I to już koniec naszej przygody związanej z 32 Szybowcowymi Mistrzostwami Świata, które rozegrały się w Uvalde. Chciałbym serdecznie podziękować Jurkowi, Lili oraz wszystkim osobom, które przyczyniły się do mojego sukcesu. Bez Was nie byłoby tego medalu.

Łukasz

Ps. Jesteśmy teraz już w Chicago 3 godziny przed odlotem. Wreszcie mogłem się trochę rozpisać:)

Trzynasty dzień zawodów

Dzisiejszy lot był dla mnie bardzo trudny. Po wczorajszej konkurencji zrobiło się ciasno w górze tabeli. Trzeba było więc rozegrać to taktycznie. Wykorzystaliśmy w tym celu Mirka, który miał za zadanie przypilnować anglików, z którymi od początku zawodów toczymy największy bój o podium. Zrobił to znakomicie, znalazł ich zaraz po wyczepieniu i pilnował przez pół trasy. Konkurencja na dzisiaj wyłożona to prędkościówka 650km najpierw na północ, a dalej wschodem na południe. Pogoda nie była na początku za ciekawa, podstawa sięgała 1700mqnh, a noszenia dochodziły do 2m/s. Zakładaliśmy ok. 140km/h, więc nie mogliśmy długo czekać z odejściem. Chcieliśmy polecieć kilka minut za wyspiarzami, ale w momencie, którym chcieliśmy to zrobić nie można było się wykręcić w rejonie linii startu. Odeszliśmy właściwie z nimi. Pierwszy i drugi bok szły dosyć sprawnie, choć mieliśmy małe przydołowanie, gdzie spadliśmy na 800m nad teren. Po drugim punkcie stworzył się peleton, który szybko pędził na południe w coraz to lepszej pogodzie. Ja zostałem nieco z tyłu, a co najgorsze nie zauważyłem jednego PZ. Musiałem wrócić dwa kilometry, by go zaliczyć… Trochę się wtedy na siebie zdenerwowałem:) Pędziłem jednak dalej, a szybowce przede mną były coraz wyżej. Peletonowi liderował Zbyszek, który co rusz trafiał dobre noszenia. Ja niżej nie mogłem tego trafić, więc leciałem dalej. Dopiero po czwartym puncie znalazłem z kilkoma szybowcami 4m/s, w których dokręciłem podstawę. Popędziłem 220km/h do przodu i dalej było 5,5m/s średniego!!! Potem znowu 220 i 4,5m/s. W następnym kominie dogoniłem Zbyszka i razem wykręcaliśmy się w piątce. Dolecieliśmy po szlaku do ostatniego punktu i dalej z powrotem po nim już do samego lotniska. Kilka kółek w kolejnej piątce, bardzo szybki finisz i wygrana konkurencja. Wykręciliśmy 157km/h – to mój kolejny rekord! Szkoda, że zawody się kończą, bo dopiero zrobiły się typowe tutejsze warunki…

Łukasz

Dwunasty dzień zawodów

Dwunasty dzień zawodów i jedenasta konkurencja, to robi wrażenie. Trzeba przyznać, że Teksas znakomicie nadaje się do latania szybowcowego. Meteorolog gdy zapowiada bezchmurną to latamy pod cumulusami, tylko jest ich trochę mniej. Prędkości na trasach nie spadają poniżej 140 km/h, a noszenia bardzo często osiągają 4-5 m/s. Przede wszystkim pogoda jest równa i mocna na dużym obszarze, dobrze wygrzanej teksańskiej ziemi.

Dzisiaj może nie było aż takich imponujących noszeń, ale było sporo chmur na trasie wyłożonej 3,5h obszarówce. Starty były opóźniane ze względu na słabą pogodę na początku – bezchmurna i silny wiatr. Piętnastki, które wystartowały wcześniej zameldowały dosyć dobre warunki, podstawa sięgała 2000 mqnh. My na starcie wykręciliśmy niecałe 2400m i odeszliśmy na trasę ok 15.15. W tym momencie w pierwszej i kolejnych strefach było już sporo cumulusów. Przeszkadzał trochę silny wiatr, ale szło sprawnie. Trafiliśmy kominy powyżej 3 m/s i posuwaliśmy się do przodu. W drugiej strefie robiło się bezchmurnie, dlatego skróciliśmy nieco. Może trzeba było lecieć trochę dalej, bo następne dwie musieliśmy polecieć bardzo daleko. Do ostatniego obszaru prowadził szlak w osi wiatru, dlatego nasza prędkość mocno wzrosła. Daliśmy się niestety kupić chmurze, która wywiodła nas w bok od kreski, przez co straciliśmy kilka cennych minut. Dolot wykręciliśmy z wiatrem z 2,2 m/s średniego. Na metę dolecieliśmy z całkiem niezłym wynikiem. Jeszcze dwa dni do końca, pomiędzy 2 a 5 zawodnikiem są bardzo małe różnice punktowe – oj, będzie ciekawie:)

Łukasz

Jedenasty dzień zawodów

O dzisiejszej konkurencji lepiej jak najszybciej zapomnieć. To był najgorszy mój dzień podczas tych zawodów, chociaż zakończony dosyć szczęśliwie. No ale od początku…

Meterolog zapowiedział termikę bezchmurną na dzisiaj z silnym wiatrem. Jednak od rana pojawiły się na niebie cumulusy, a w momencie startów i przez spory długi czas było ich nawet za dużo. Spóźniliśmy się nieco z momentem odejścia na trasę. Lecąc na południe trafiliśmy po szlaki, które z upływem czasu się wysuszały i kończyły swój żywot. Najlepiej wybrali Ci, którzy odeszli prawie 50 minut przed nami. Najbardziej kluczowy odcinek trasy pod wiatr mieli jeszcze oznaczony cumulusami. Naszej trójce szło dość sprawnie do momentu, gdy Zbyszek trafił dwa mocne kominy i odjechał nam na kilkaset metrów. Ja i Mirek przez spory czas nie mogliśmy trafić dobrego noszenia, a po zawrotce z ostatniej strefy spadliśmy na 400m i musieliśmy ratować się w półmetrowym noszeniu. W momencie, gdy udało nam się wydostać z opresji termika była już dużo słabsza i dolot do lotniska wyszedł nam dużo wolniej jak Zbyszkowi. Dzisiaj poniosłem spore straty, ale całe szczęście główni rywale polecieli podobnie i pewnie do końca będziemy walczyć o miejsca medalowe.

Łukasz

Dziesiąty dzień zawodów

Prognoza na dzisiaj była dużo lepsza od tej na wczoraj, dlatego wyznaczono nam dużo dłuższą trasę – 580km z aż siedmioma punktami zwrotnymi!!! Zapowiadało się niezłe latanie rajdowo-nawigacyjne. Starty rozpoczęto o 12.30, a my staliśmy na samym końcu wszystkich klas. Mieliśmy więc sporo czasu zanim wsiedliśmy do szybowców. Postanowiliśmy zajrzeć do umiejscowionego na lotnisku małego muzeum lotnictwa. Zobaczyliśmy kilka ciekawych eksponatów m.in. dwa Hellcaty, Mustang, Fairchild i inne.

Po wzbiciu się w powietrze nie mieliśmy za dużo czasu na wykręcenie się i odejście. Długa trasa i niezbyt mocna na początku pogoda zachęcała do szybkiego odlotu. Odeszliśmy o 14.20 jako jedni z ostatnich. Podstawa wynosiła 2000m a pierwszy trafiony komin ok. 3m/s. Dalej szło coraz szybciej, noszenia umacniały się a podstawa cumulusów wzrastała. Przez całą trasę goniliśmy szybowce, które były przed nami. Krążyliśmy w silnych noszeniach, ale oni także trafiali dobrze. Myśleliśmy, że już się nie uda, a tu po ostatnim punkcie trafiliśmy noszenie do 6 m/s, które znacznie przybliżyło nas do peletonu, a długi szlak na dolocie pozwolił odrobić kilka minut do naszych najgroźniejszych rywali. Na mecie niezły wynik – cała trójka od 3 do 6 miejsca.

Łukasz

Dziewiąty dzień zawodów

Trzeba przyznać, że organizatorzy mistrzostw stają na wysokości zadania jeśli chodzi o organizację czasu wolnego. Wczoraj zabrali nas nad pobliską rzeką Frio do River Rim Resort, gdzie mogliśmy zrelaksować się i odpocząć przed drugą częścią zawodów. Jedną z atrakcji był trzygodzinny spływ rzeką na oponach. Było fajnie, na pewno przydał nam się ten dzień odpoczynku.

Po dniu przerwy przyszedł czas na kolejne wyścigi. Po raz kolejny prognozowane były burze, które od północy miały się powoli nasuwać się nad lotnisko. Mając to na myśli zdecydowaliśmy się nie czekać za długo z odejściem. Do oblecenia dostaliśmy obszarówkę z czasem 2,5h i obszarami na południe i zachód od lotniska. Bardzo kiepsko poszło nam w pierwszych dwóch strefach, gdzie mieliśmy spore problemy w znalezieniu noszenia. W dodatku termika bezchmurna, która znajdowała się w drodze do następnej strefy nie zachęcała do odważnego lotu na południe. Znajdowały się tam już cumulusy, pod którymi zaczęliśmy odrabiać straconą prędkość. Wydłużyliśmy nawet sporo czas, dzięki czemu straty do zwycięzców nie były duże. To nie był udany dzień, ale mamy jeszcze pięć dni latania i do końca zawodów jeszcze długa droga.

Łukasz

Siódmy dzień zawodów

Task setter trochę wczoraj przesadził, więc dzisiaj dostaliśmy krótszą trasę do oblecenia. Obszarówka 3h15′ na zachód i południe od Uvalde. Starty rozpoczęły się dzisiaj później a na trasę można było odchodzić dopiero przed 15-tą. Przed otwarcie startów lotnych udało się wlecieć na falę cumulusową i wyjść na 3300, co było ok. 500m wyżej od podstawy cumulusów.

Odeszliśmy najszybciej jak się dało, tuż po piętnastej. Do pierwszej strefy bez krążenia z wiatrem wyszło 230km/h. Zalecieliśmy prawie do jej końca i dalej na południe wzdłuż granicy z Meksykiem. Trafialiśmy znakomite kominy, bardzo często piątki, a w najgorszym przypadku czwórki. Prędkość średnia bardzo powoli malała. W drugiej strefie polecieliśmy do końca dobrej pogody i zawróciliśmy do ostatniego obszaru. Wychodziło nam, że musimy polecieć do końca, by nie przylecieć na metę przed czasem. W drodze do niego krążyliśmy w 2,5-3 metrowych kominach. Niestety pogoda w strefie okazała się bardzo słaba. Nie mogliśmy znaleźć dobrego noszenia, w którym wykręcilibyśmy dolot. Duszenia między chmurami były tak silne, że znaleźliśmy się na 800m i musieliśmy szukać ratunku w 1,5m/s. Podnieśliśmy się nieco i polecieliśmy dalej, gdzie była już trójka, która zapewniła nam dolot.

Zająłem dzisiaj miejsce w drugiej dziesiątce. Straty jednak nie są duże. Nadal utrzymuję się na drugiej pozycji w klasyfikacji generalnej.

Szósty dzień zawodów

Na dzisiaj meteorolog zapowiedział burze tworzące się na północy w górkach i mające powoli przesuwać się na południe w kierunku Uvalde. Zadania dostaliśmy bardzo ambitne – prędkościówka 690km. Ze względu na niezbyt imponującą pogodę i przesunięcie startów do godziny 12.50 było to dosyć ryzykowne posunięcie. Postanowiliśmy odejść niezwłocznie po otwarciu startów lotnych, ale też tak, by się nie dać „wypuścić” rywalom do przodu. Pierwszy bok przelecieliśmy dosyć sprawnie, doganiając parę angielską, która odleciała kilkaset metrów wyżej z fali inwersyjnej. Powoli uformował się mały peletonik składający się z nich oraz mnie i Zbyszka. Mirek nieco z tyłu, ale dzielnie pędził swoim Asg za nami. Russell i Mike w pewnym momencie zrozumieli jednak, że lepiej wyjdą lecąc za nami. Przed trzecim punktem trafiliśmy kilka kominów po 4-5 m/s, natomiast w połowie następnego boku pogoda zaczęła powoli siadać. Z czwórek musieliśmy się przesiąść na dwójki. W pewnym momencie wyrwałem nieco do przodu pod cumulusy, które nie chciały nosić. Nasi rywale polecieli lepiej i byli 300m wyżej. Myśleliśmy, że jest już pozamiatane, ale mądrze rozegrana końcówka pozwoliła wyprzedzić ich o kilka minut na mecie. W efekcie pierwsze i drugie miejsce w konkurencji i umocnienie się na pozycjach w tabeli.

Całe szczęście, że dolecieliśmy na lotnisko dosyć wcześnie. Kilkadziesiąt minut później zerwał się wiatr, którego podmuchy sprawiły pilotom wiele problemów przy lądowaniu. W efekcie widzieliśmy kilka cyrkli, z których jeden zakończył się przytarciem kadłuba w Dianie Makoto Ichikawy.

Łukasz

Piąty dzień zawodów

Flaga Teksasu trzeci dzień z rzędu pozostaje w naszym posiadaniu:) Mimo wszystko zachowujemy spokój, gdyż do końca zawodów jeszcze długa droga.

Dzisiaj po raz raz kolejny dostaliśmy obszarówkę, ale z czasem 2h45′. Krótko, bo na popołudnie zapowiadane były burze i organizatorzy chcieli dmuchać na zimne. Zmieniła się także procedura dolotowa – finish ring zwiększono z 3 do 15 kilometrów z minimalną wysokością ok. 600m nad teren. Zapewniło by to w razie czego manewr przy braku możliwości lądowania na lotnisku.

Cumulusy zaczęły dzisiaj wyskakiwać wcześniej niż zwykle. Problemem był obszar średniego zachmurzenia, który nasuwał się od północy na nasz pierwszy obszar. Nie oglądając się na nikogo odlecieliśmy chwilę po otwarciu startu lotnego. Pierwszy bok niezbyt dobrze rozegraliśmy, ale w końcu z 900m trafiliśmy 4,5 m/s. Zaliczyliśmy pierwszą strefą delikatnie i popędziliśmy na południe, gdzie były super warunki. Podstawa osiągnęła 2300 m, a noszenia były momentami cztero i pięciometrowe. Najlepiej układało się po drugiej strefie, gdzie lataliśmy często pod szlakami. W pewnym momencie trafiliśmy komin, w którym oparły się nam wariometry. Najlepiej jednak rozegraliśmy końcówkę. Dolot wyszedł nam ze 115km z wysokości 1700m. Głównie dzięki temu zrobiliśmy bardzo wysokie prędkości. Dzisiaj pobiłem swój rekord z przed dwóch dni – 152 km/h. Najlepsza jednak wiadomość jest taka, że nasi rywale polecieli gorzej i Zbyszek wskoczył znowu na pozycję lidera. Ja w dalszym ciągu utrzymuję pozycję drugą, a flaga będzie pewnie znowu nasza:)

Cieszy nas także kolejne zwycięstwo Sebastiana, który wygrał konkurencję w piętnastkach.

Łukasz

4. Konkurencja

No i dostaliśmy flagę Teksasu, drugi dzień z rzędu!:) Cały nasz team lata dobrze i równo, oby tak do końca:)

Dzisiaj po raz pierwszy dostaliśmy do oblecenia obszarówkę. Czas oblotu – cztery i pół godziny. Ze względu na opóźnienie startów do godziny 13-tej, nie mieliśmy za dużego manewru z odejściem na trasę. Polecieliśmy najszybciej jak się dało. Pierwszy bok był bardzo krótki, zrobiliśmy go z prostej. Na następnym mieliśmy spore problemy ze znalezieniem dobrego noszenia. Kilka razy krążyliśmy w ok. 2,5 m/s, a dopiero na krawędzi pierwszej strefy trafiliśmy komin, w którym oparły się nam wariometry. Wlecieliśmy do końca strefy i zawróciliśmy. Chmury tam były bardzo dorodne a podstawa sięgnęła 2800 mqnh. Lecieliśmy szybko do momentu wylotu na płaski teren, gdzie znowu nieco spadliśmy. Podnieśliśmy się nieco w trójce a następny komin – 5-ciometrowy dociagnęliśmy do podstawy. Od tego momentu przestaliśmy rozumieć gdzie i pod którymi chmurami szukać noszeń. Im gorzej wyglądała chmura, tym lepiej nosiła. Robiliśmy dosyć spore przeskoki i kilka razy znajdowaliśmy dobre kominy (czwórki) dopiero z niskiej wysokości. Na dolocie warunki nieco osłabły i wykręcaliśmy go w 2,5 m/s. Wynik na mecie całkiem niezły, piąte miejsce i utrzymanie drugiej pozycji.

Łukasz